Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 10/1995
Grzybobranie
Do naszej klasy chodziły z mojej ulicy tylko dwie koleżanki. Ponieważ brak było książek, była konieczność szukania pomocy u kolegów z innych ulic, którzy mieli podręczniki. Zaraz po wojnie nowych nie było a stare mało kto posiadał. Kto miał jakąś książkę, miał powodzenie z danego przedmiotu. Jednak w większości trzeba było korzystać z notatek robionych podczas lekcji.

Wspólnie u jakiejś koleżanki czy kolegi - bo u mnie nie było warunków -robiliśmy korektę i uzupełnienia. Zawsze co jeden nie zdążył czegoś zanotować, albo coś przekręcił, to była okazja do poprawy. Ja lubiłem przedmioty ścisłe i języki obce, w tych przedmiotach robiłem znaczne postępy, a przez to miałem powodzenie nawet u koleżanek z ulicy Kościuszki.

Ze względu na trudne warunki mało miałem czasu na jakieś rozrywki jak inni, ale nieraz i to się zdarzyło. Najbardziej wolnym czasem była sobota po południu, bo wtedy przed południem i w sobotę były lekcje. Po lekcjach wszyscy spoza miasta jechali do swoich domów na niedzielę, stąd było mniej towarzystwa. I właśnie pewnej soboty październikowej trzy koleżanki z ulicy Kościuszki namówiły mnie na grzyby. Ciotka miała wtedy wykopki ziemniaków, więc brała krowy ze sobą. a ja miałem czas wolny. W drodze do lasu musiałem ich zapewnić o dobrej znajomości lasu l dlatego o zabłądzeniu nie było mowy. Trochę się przechwalałem, że nawet w nocy mógłbym iść na grzyby, co było oczywiście dużą przesadą.

Przeszliśmy obok starostwa, tuż za nim był Już czysty, żółty piasek prawie pod las. Brnęliśmy więc boso po suchym piasku, jak po błocie, w kierunku Krasnego. Sandały nieśliśmy w ręku ze względu na oszczędność a z drugiej strony było nawet lżej iść, bo piasek nie wgryzał się tak w skórę. Pogoda nam dopisywała, humor też, więc droga szybko ubywała. W drodze jeszcze zapytałem czy wzięły ze sobą mydło, a gdy ml odpowiedziały, że im nie potrzeba, bo umyją się jak wrócą do domu, dałem więc spokój z pytaniami. W drodze rozmawialiśmy, jak zwykle młodzi, o wszystkim i o niczym. I tak doszliśmy do rzeki Czarnej Łady. Tu po przejściu kładki, umyliśmy nogi z piasku, założyli sandały l weszliśmy w głąb lasu. Jako przewodnik daję ostatnie wskazówki, jak się w lesie zachowywać. by uzbierać więcej grzybów. Ale niestety, te wskazówki były daremne, ponieważ one bały się odejść ode mnie choćby o krok, bojąc się, bym ich nie zostawił gdzieś w lesie.

Robiłem różne zygzaki i okrążenia, by straciły orientację, a gdy to się stało, powiedziałem, że nie ma sensu dłużej tak łazić i będziemy wracać do domu. Robiłem to, by ich wystawić na próbę.

Na wieść o tym bardzo się ucieszyły, bo las dla nich był jakoś odpychający i stwarzał uczucia pewnego lęku l niepewności. Ela pierwsza z radością zawołała: o Jak to dobrze, bo mam już dosyć tego włóczenia się po lesie. Ewa zaś dodała: tym bardziej, że jest już pochmurnie i nie wiadomo ile jest czasu do wieczora. Ula zaś z przekąsem i pewnością siebie stwierdziła, że mogłaby jeszcze chodzić, bo wcale nie jest zmęczona.

Faktycznie zbliżaliśmy się coraz bliżej końca lasu, ale dłuższą drogą, udawałem, że nie mogę trafić na właściwe znaki, które by upewniały, że idziemy w dobrym kierunku. Ula powiedziała: a tak się chwaliłeś, że znasz dobrze las. Odpowiedziałem, iż najlepszemu grzybiarzowi się przytrafi chwilowo stracić orientację. Idziemy jednak powoli, od czasu do czasu znajdując grzyba, l tak

doszliśmy do młodej sadzonki, która dla mnie była znakiem, że już się las kończy l po jej przejściu zobaczyłem wieżę kościoła św. Magdaleny, uważałem za stosowne właśnie tu dokonać próby. Niby bardzo zmęczony siadam na starym pniaku i wielce strapiony mówię: Wiecie co? Nie wiem co się stało, coś ml się w głowie pokręciło, bo naprawdę nie wiem teraz którędy wracać do domu. Wtedy powstała wielka burza. Ula prawie z płaczem krzyczała: a ty ofermo gapowata, chwalipięto. Ewa zaś dodaje: A ty wymoczku naiwny, już ci nigdy wierzyć nie będę. Ela zaś lamentuje: Co też mamusia powie, jak późno wrócę do domu.

I tak epitety padały jeden po drugim:
A ty łajzo żółwi, ciemniaku średniowieczny, drągalu nieokrzesany, gapo oślana! Jednym słowem cala lawina oskarżeń pod moim adresem, wszystkich nie zdążyłem w pamiętniku zanotować. To mnie bardzo bawiło, bo wiedziałem, że z Jednej strony chciały na mnie przelać swoją złość a może i lęk. Z drugiej zaś strony, jak dowiedzą się całej prawdy, to im więcej się teraz wyżyją na mnie, tym potem będą czuły większe upokorzenie. Dlatego ze spokojem wtrąciłem: Wy zamiast mi coś poradzić, to jeszcze utrudniacie myślenie, a przez to wypadnie nam w lesie nocować. Wtedy Ewa ze złością woła: W pole nas wyprowadziłeś l jeszcze nas straszysz? Ja zwracam je) uwagę, że nie w pole tylko do lasu. Ela, córka urzędnika mając większy zasób słów mruczy: prawdziwy cynik.

Tymczasem, czując, że wszelką złość na mnie wylały, dotykając ręką czoła:

mówię, a jednak już sobie przypomniałem. Za tą sadzonką powinny być dwa domki. Jest późno, więc tam będziemy mogli przenocować.
Wtedy Ewa z rozpaczą: No, nie wariat? chce byśmy sukienki podarły, twarze podrapały. Ela zaś lamentuje: co mi mamusia powie. Ewa ją pociesza: powiesz, że z wariatem poszliśmy do lasu i tak nas wykiwał. Ale Ela stwierdza: co to, to nie. Ty nie znasz mojej mamusi. Zaraz by krzyczała: A ty taka i owaka, to nie masz chłopaków normalnych tylko się z wariatami zadajesz i Jeszcze z takimi do lasu chodzisz? Bój się Boga. Chcesz na siebie sprowadzić nieszczęście jak Teresa? A tyle razy cię ostrzegałam, żebyś z byle kim się nie zadawała.

Ale innego wyjścia nie mają. Wśród lamentów i narzekań wchodzimy w gęstwinę. Ten krótki odcinek był dla nich naprawdę męką, tyle tylko, że krótką, bo szybko wychodzimy z tej gęstwiny i wtedy przed nami jak na dłoni, ukazuje się wieża kościoła św. Magdaleny i panorama całego miasta. Można się było spodziewać wielkiej radości z ich strony, ale stało się inaczej. Najpierw oniemiały, stanęły jak wryte. Za chwilę, stwierdziwszy jak z nich zakpiłem, wpadły w nowy szał złości wołając naprzemian: a ty łajzo przewrotna, ty ofermo zakłamana, języku zdradliwy, flaku nieczyszczony, łbie koński, wymoczku bezwstydny, gburze nieokrzesany. Były pewne, że po takich epitetach zacznę się tłumaczyć, a nawet złościć, a widząc, że ja sobie nic z tego nie robię, prawie razem wołając: od dziś koniec z nim. Nie chcemy go znać. Zrywamy na zawsze. A ja w duszy myślałem spokojnie. Nie na zawsze, tylko do czasu, dopóki nie będzie trudnego zadania z matematyki lub łaciny.

I tak wśród wyrzutów pod moim adresem, brnąc po piachu zbliżamy się coraz bardziej do miasta. Im bliżej domu tym czułem jak łagodniały w wyrażeniach, coraz mniej wyrzutów, a więcej o szkole, o zadaniach na poniedziałek, a gdy doszliśmy do ulicy Kościuszki i przyszedł czas na rozstanie, wtedy całkiem się rozkleiły. Ewa rzekła: a jednak mimo wszystko było wesoło. Ula zaś dodała: nie tylko wesoło ale fajnie. Ela zaś zakończyła: nawet wspaniale.

Ks. Kazimierz Pińciurek

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: