Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 11/1995
Wspomnienie o św.p. ks. Mariuszu Madeju
3 grudnia 1994r., zginął tragicznie ks. Mariusz Madej, syn ziemi Biłgorajskiej jeden z najmłodzszych kapłanów Archidiecezji Lubelskiej. Wielu, którzy znali Mariusza wspominają jego osobę i tamten bolesny grudniowy dzień. W dowód przyjaźni z Mariuszem, pragnę oddać garść osobistych wspomnień.

"Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą...
...nie bądź pewny, że czas masz bo
pewność niepewna".

Przyzwyczaiłem się już do tych słów kapłana-poety, ks.Jana Twardowsklego. Pojawiają się one zazwyczaj w sąsiedztwie listopadowych zaduszek, jako motto do refleksji nad sensem ludzkiego życia, przemijania, śmierci. Nigdy natomiast nie przypuszczałem, że kiedykolwiek skojarzę je z konkretną osobą i w tak tragicznym momencie.

"Spieszmy się...".
4 grudnia 1994r. w niedzielny wieczór dotarła z Chełma wiadomość; "Ks. Mariusz Madęj zginął w wypadku samochodowym pod Piaskami!". A więc śmierć zaczyna się pośpiesznie upominać o swoje. Szybko zabiera Mariusza spośród nas, jego, który śpieszył się aby innym powiedzieć, że Ich kocha, że jest Ktoś. kto kocha każdego człowieka. Wielu nam wydawało się tamtego wieczoru, że było przecież jeszcze tyle czasu, by spotkać się z Mariuszem, porozmawiać. Bóg jednak zechciał inaczej.

Niespełna pół roku cieszyliśmy się wspólnie kapłaństwem. Z entuzjazmem podjęliśmy krzyż służby. W planie były odwiedziny, przyjacielskie spotkanie, podzielenie się pierwszymi owocarni pracy kapłańskiej. Śpieszyliśmy się. lecz czasu zabrakło. Widocznie już na samym początku, ta "pewność była niepewna". Mariusz... kiedy spoglądam w przeszłość, zagłębiam się nad tajemnicą człowieka. jedni przychodzą i odchodzą nie zauważeni. Inni natomiast, wystarczy że pojawią się na chwilę, pozostaną na zawsze. Z Mariuszem łączyła mnie znajomość, tylko przez niespełna 6 lat. Dokładnie był to czas studiów seminaryjnych w Lublinie.

Wydawał ml się zwyczajnym człowiekiem. I takim chciał być. Potrzeba jednak śmierci, by stwierdzić szczerze, że każdy z nas jest niezwykły. Śmierć uświadamia nam, że człowiek, który był z nami za życia bardzo blisko, umierając zabiera ze sobą cząstkę nas samych. My, cieszący się życiem, stajemy się nagle ludźmi okaleczonymi, niedomagającymi. Po odejściu Mariusza wielu odczuło swoje dolegliwości. Osobiście wiem, że zabrakło mi człowieka, przyjaciela, na którego pomoc zawsze mogłem liczyć. Dzisiaj nie rozpocznę już rozmowy na bardzo ważny temat - tak ważny , by po chwili zamilknąć, zadziwić się w i wsłuchać w ciszę. Nie urządzę już spaceru przez ulicę Kościuszki i nie usłyszę ciekawej historii o każdym skrawku Biłgoraja. Nie wypiję wreszcie kawy i nie skosztuję kawałka pysznego ciasta przywiezionego od mamy. Nie będzie Już tego? Teraz jest tylko nadzieja, o której Mariusz jako kapłan wielokrotnie przypominał. Uzbroiłem się więc w nadzieję, którą daje wiara w Jezusa Chrystusa Zmartwychstałego. Przecież nie wszystko stracone. Człowiek cały nie umiera. Żyje! W takim duchu patrzę teraz na Mariusza i na tamto wydarzenie, które go nam zabrało tak brutalnie. Pocieszają mnie słowa z Księgi Mądrości;"Dusza Jego podobała się Bogu, dlatego pośpiesznie wyszedł spośród nieprawości. Zabrany został, by złość nie odmieniła Jego myśli albo ułuda nie uwiodła duszy" (Mdr 4,11.14).

Wspominam ciągle pośpiech u Mariusza. Szczególnie spieszył się aby pomóc drugiemu człowiekowi. Zapominał przy tym o sobie. Wymowne świadectwo złożył o nim ks.Andrzej Krasowski podczas Mszy św. pogrzebowej: "Tak wiele sił i energii wkładałeś wypełniając prace dodatkowe na rzecz seminarium. Zawsze można było przyjść do ciebie, o coś poprosić, a ty nie odmawiałeś, starałeś się pomóc". Dzielenie się z innymi swoją osobą i czasem wskazywało w Mariuszu na jego dojrzałą już osobowość kapłańską. Kapłan idzie do ludu.

W trakcie trzeciego roku studiów, nadszedł czas wyboru seminarium naukowego, na którym można przygotować i napisać pracę magisterską. Mariusz bez namysłu udał się na seminarium z historii Kościoła, które prowadził ks.prof. Marek Zachajkiewicz. Chciał pisać o swoim "kościółku". Był związany z Biłgorajem, chciał pokazać, że również to miasto posiada swoje bogate dziedzictwo religijne. Opisał więc dzieje kościoła pod wezwaniem św.Jerzego do roku 1992. Z kościołem tym był mocno związany. Podkreślał to wielokrotnie. Praca magisterska napisana "na piątkę", stała się zwieńczeniem jego stałej troski o "kościółek".

We wstępie Jej napisał; "Parafia rzymskokatolicka przy kościele pod wezwaniem św.Jerzego w Biłgoraju, jest jedną z młodszych parafii obecnej diecezji zamojsko-lubaczowskiej. Świątynia parafialna, stojąca w centrum miasta, jest znaną i bliską sercu prawie każdego mieszkańca Biłgoraja. Otwarta przez cały dzień, jest licznie nawiedzana przez dzieci, młodzież, dorosłych, aby w drodze do lub z pracy, czy szkoły w modlitwie i chwilowej adoracji wznieść się ku Bogu. Wiele osób przychodząc do tej świątyni mówi - to mój kościół".

Ostatnie dwa lata w seminarium, to czas decydujący o dalszej przyszłości kleryka.Występują w nim; święcenia diakonatu i kapłaństwa. Widziałem Mariusza i w przygotowaniu i przyjmowaniu tych święceń. Trochę jakby się lękał na początku - "czy podołam, czy wytrwam?". Kiedy kładł się na posadzce katedry, by prosić Boga o błogosławieństwo i siły, kiedy podał biskupowi swoje dłonie, by je namaścił świętym olejem, powtarzał w sercu swoim słowa, potem tysięcznie powielone na obrazkach prymicyjnych: "Tobie Boże zaufałem, nie zawstydzę się na wieki".

Z tą dewizą wyruszył do Chełma, do Matki Bożej, na Górkę. Do wielu znajomych, przyjaciół docierały wiadomości; "Ks. Mariusz pięknie tam pracuje..., rozumie się z młodzieżą w szkole..., ks.Mariusz obiecał nam, że nas odwiedzi". Cieszyłem się i ja. I czekałem. A on ciągle się śpieszył kochać ludzi, bo myślał, że to oni odchodzą. Nadszedł dzień 3 grudnia, dzień w którym w kościołach czytano słowa Ewangelii:

"Bliskie Już Jest królestwo niebieskie" (Mt 10,7).
Dla Mariusza były to słowa zwiastujące bliską rzeczywistość. Czy czul ją, kiedy czytał wiernym tę perykopę ewangeliczną?

Tego samego dnia udał się w drogę, z której już nie powrócił. Pozostał na zakręcie. Bóg wezwał go z tego miejsca do siebie. Widocznie tak było mu pisane, by tak odejść, aby ktoś inny mógł zrozumieć przez to sens swojego życia. Młode życie kapłana zostało na ziemi przerwane, by ktoś z bardzo daleka mógł wrócić l stanąć ponownie na drodze Bożych wskazań.

"Już dawno ofiarowałam Mariuszka Bogu - szepce serce mamy ks. Mariusza - a teraz oddaję Mu go całkowicie. On jest Jego".
Trumnę z ciałem ks.Mariusza otoczył nieprzeliczony krąg tych, którzy nie tracą nadziei w Jezusa Chrystusa Zmartwychstałego. Cisza i modlitwa, łzy i pytanie - dlaczego?
Odprowadziliśmy go, ale nie pożegnaliśmy, bowiem chrześcijanie nie mówią do siebie -"żegnaj", ale "do zobaczenia".

6 listopada 1995r. przypadła trzydziesta rocznica urodzin Mariusza. Tego dnia otworzyłem małą książeczkę z myślami na każdy dzień ks. kard. Stefana Wyszyńskiego i przeczytałem słowa "Wiara w życie wieczne wyzwala nas ze smutku i zwątpienia, z obojętności i bezwładu. Smutek jest właściwy ludziom, którzy nie korzystają z wiary i nadziei. Nie przystoi dzieciom obietnicy i nadziei trwać w smutku".

W czasie Mszy św. w Intencji ks. Mariusza, dziękowałem Bogu, że pozwala mu nadal śpieszyć do nas, z Innego wprawdzie Już miejsca, aby nam, czasami starapionym powiedzieć- odwagi! Nie trwóżcie się...

Ks. Bogdan Jaworowski Lubaczów.

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: