Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 11/1995
Wigilijny poranek
Liceum Biskupie w Lublinie, klasa przyśpieszona. Te dwa fakty określają ciężar jaki na nas nałożono, większą dyscyplinę, większe wymagania. Oczywiście mieliśmy świadomość, że to wszystko jest dla naszego dobra tzn. by zdać dużą maturę. Nic więc dziwnego, że robiono wszystko aby nas możliwie najlepiej przygotować. Stąd nawet przed świętami Bożego Narodzenia do domu mogliśmy wyjechać dopiero 23 XII l to wieczorem. Wówczas koleje miały wielkie powojenne braki w taborze, rozkładzie jazdy i obsłudze. Stąd niełatwo było się wydostać z Lublina i to Jeszcze w godzinach szczytu. W Zawadzie była przesiadka i tam trzeba było czekać do godz. 23 na pociąg relacji Zamość-Bełżec. W Zwierzyńcu znów czekanie do godz. 3.30. Ze Zwierzyńca wyjechaliśmy z opóźnieniem tak, że do Biłgoraja dojechaliśmy gdzieś na godz. 6.00.

Zamarznięty, głodny i niewyspany wyskoczyłem z wagonu i w pośpiechu udałem się do domu, niedaleko szpitala. Ciemno, drzwi zamknięte i świadomość, że w domu jest zimno jak zwykle. Zostawiłem walizeczkę (wtedy torby były jeszcze nieznane) pod drzwiami i udałem się do kaplicy szpitalne) na Mszę św., którą codziennie odprawiał kapelan szpitalny ks. Mallnowski o godz. 6.00. Przy bramie w budce znajomy dyżurny otworzył furtkę i zawołał: Jak to dobrze! W wigilię wchodzi pierwszy chłop, będzie lepszy nowy rok.

Tymczasem w kaplicy cieplutko, aż mnie sen ogarnia, ale muszę się mu opierać. Po Mszy św obowiązkowo na śniadanie według zwyczaju. Gospodyni Rózia ze zdziwieniem zawołała: W wigllę pierwszy w domu chłop, to szczęśliwy rok. No. nie pierwszy bo pierwszy to ksiądz kapelan. Ale swój się nie Uczy, tylko obcy. Wtedy zażartowałem: o ja teżjestem swój. Pamięta Rózia jak przez tyle lat często prawiliśmy o różnych rzeczach; ja pasąc krowy po jednej stronie, a Rózia po drugiej stronie rzeki. Wtedy ujrzałem łzy w oczach i usłyszałem westchnienie: tak, to były niezapomniane rozmowy. Od tamtych lat już nie miałam możliwości tak szczerze porozmawiać. Ale obecne spotkanie będzie też niezapomniane.

Po śniadaniu wstąpiłem po drodze do stryjenki. Na mój widok zawołała: wszelki duch Pana Boga chwali, aleś nam zrobił niespodziankę, bo widzisz, najgorsza rzecz jak w wigilię wlizie ci do mieszkania pierwszy babsztyl. Zawsze taka znajdzie jakąś potrzebę i z samego rana odbierze człowiekowi humor, a cały rok jakoś się nie składa.

Długo nie mogłem siedzieć, bo jeszcze mnie czekało parę miejsc, tuż za płotem była ciotka Szyło, wypadało wpaść a gdy wszedłem do domu z radością zawołała: o, jak dobrze, że wpadłeś do mnie, bo widzisz w wigilię wchodzi pierwszy chłop, to szczęśliwy cały rok. Pomyślałem sobie jak nieraz niewiele potrzeba, by innym sprawić radość, o czym wielu zapomina.

Wreszcie kolej na siostrę cioteczną, która była krawcową, a której domek drewniany, jednopiętrowy do dziś stoi, na rogu ulicy Sikorsklego i Armii Kraków. Oczywiście przedtem ul. Sikorskiego jeszcze nie było, a na Armii Kraków w tym miejscu było parę domków, zamiast asfaltu piasek l pole po jednej i drugiej stronie. Z tym domem mnie najwięcej łączyło, bo w zimowe wieczory, a l w dzień, u nich było ciepło a najważniejsze, że byłem mile widziany, ponieważ ciągle czytałem jakieś powieści na głos, jako że radio wówczas było rzadkością. Kiedyś, gdy wchodziłem, to się jeszcze nie pukało tak jak i dziś jeszcze w niektórych wioskach nie widzą potrzeby pukania i nieraz trudno przekonać o takiej potrzebie, ale teraz to dla mnie normalna rzecz.

Po zapukaniu wszedłem do środka. Wtedy ciotka w kuchni przerwała robotę, siostra przerwała prasowanie sukienki, którą chciała dostarczyć dzisiaj pani Pojaskowej. Wiesz, mówi, jak byłeś w domu to miałam wygodę z tym dostarczeniem, a dziś to nieraz mam kłopoty. No to dziś też nie będziesz miała kłopotu. Co masz jeszcze do zrobienia? A tylko tą drugą sukienkę zaobrębić. Dobrze
- powiedziałem - ty prasuj a ja w tym czasie zaobrębię cl i robota szybciej pójdzie. Po wyprasowaniu biorę sukienkę i chcę zanosić, ale ona mówi: bój się Boga, przecież to nie wypada tobie, kawaler, maturzysta i będziesz sukienkę zanosić, przedtem to było co innego. Pamiętaj, - mówię - dla mnie każda usługa kiedyś i teraz dobra i z radością zaniosę, by przy okazji złożyć życzenia. W czasie układania sukienki na moich rękach, wzruszona mówiła: wiesz. Jeszcze tak radosnej wigilii w życiu nie miałam. I ja też - odparłem.

Czas naglił, więc szybko doszedłem do bramy szpitalnej, stróż tylko mruknął:
jeszcze raz? tak, odpowiedziałem i już znalazłem się u drzwi mieszkania dyrektora szpitala p.Pojaska. Pukanie i odpowiedź, proszę, była sygnałem, że mogę wchodzić. Pani Pojaskowa była trochę speszona na mój widok. No, wiesz - powiedziała - nie spodziewałam się takiego gościa, zwłaszcza, że u nas jest tradycja i przekonanie, ze jak w wigilię przyjdzie rano chłop, to będzie szczęśliwy cały rok. Oby tak się stało. A wiesz, że ja patrząc na ciebie nie wiem jak się mam zwracać, per pan, czy jak dawniej, chłopcze. No, oczywiście jak dawniej - odpowiedziałem, bo jestem tym samym kim byłem dotychczas.

Tymczasem w domu mieli wielki kłopot. Walizka pod drzwiami, wiadomo, że moja, a mnie nigdzie nie ma. Różne myśli przychodziły braciom do głowy, nawet najgorsze. Nawet myśleli, czy nie dać znać na milicję, bo mówili, że wszystko się zdarzyć może. Jednak w drodze spotkali się ze mną wracającym od szpitala i wszystko się wyjaśniło. Ja zaś czułem - mimo zmęczenia i senności
- pewne zadowolenie, ze wigilijny poranek sprawił innym nieco radości i to za odrobinę dobrej woli.
Gdy doszedłem do domu przychodziły mi różne myśli, czy tymi odpowiedziami nie utwierdzałem innych w przesądach, ale odpowiedź zawsze znajdowałem w radościach jakie Im sprawiała moja wizyta w poranek wigilijny. Czy przez ten przesąd możemy innym żałować tej radości? Tym bardziej, że ja nie robiłem tego, by zachować ten przesąd ale jako licealista z Lublina chciałem, okazać pewną kulturę, grzeczność przed świętami.

Ks.Kazimierz Pińciurek

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: