Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 11/1996
Isaak z dawnego Biłgoraja
Z łoskotem kół wjechała jednokonna furmanka na drewniany most Białej Łady. Gdy konik zjechał z mostu, zwolnił bieg i już wolno piął się w górkę ulicą Lubelską. Zatrzymał się obok dużego, stojącego na wzgórzu drewnianego domu, o ścianach z bali pobielanych wapnem. Z furmanki zeskoczył młodzieniec owinięty szalem, bo mżył drobny wiosenny deszcz, zapłacił furmanowi złotą monetą i szybko wbiegł do domu, by zdać wujowi Józefowi relację ze swego pobytu we Frampolu.

Ale wuj był zajęty, rozmawiał ze swoim sąsiadem z ulicy Targowej Walentym Brodowskim. Zamknął więc cicho za sobą drzwi izby i udał się do kuchni. Tam czekała już na niego ciotka Jentł z plackiem i herbatą. Zbliżała się godzina piąta po południu i należało pójść do domu modlitwy, gdzie zebrali się chłopcy z jesziwy - ci co przygotowywali się do uzyskania godności rabina. Ciągle studiowano Talmud. Relację ze swego pobytu we Frampolu zdał Isaak dopiero przed północą. Wujek był ciekaw jakie też nastroje panują wśród tamtejszej społeczności żydowskiej po odzyskaniu niepodległości. Chociaż nadszedł rok 1919 czasy nie były jeszcze pomyślne.

Następnego dnia Isaak postanowił wyruszyć w miasto. Mimo Spędzonych wielu godzin na modlitwach i studiowaniu Talmudu, wcale nie myślał zostać ani rabinem, ani też nauczycielem w chederze. W żadnym wypadku kupcem. Nawet o ożenku nie myślał. Ojciec rabin i matka córka rabina chcieli, by Isaak został rabinem. Isaak dużo czytał. Biblię, Tołstoja, Dostojewskiego. Rysował. Obserwował to wszystko, co się wokół niego działo - świat Żydów i katolików. Zaczął pisać. Wyszedł rano z domu dziadka - dziadek już nie żył, nie doczekał końca wojny a jego funkcję rabina przejął syn Józef, wuj Isaaka. Pod pachą trzymał kartki papieru a w kieszeni ołówki by zrobić trochę rysunków, poczynić notatki. Rzucił okiem na dom modlitwy i synagogę. Zobaczył, że grupka Żydów spieszyła do łaźni stojącej za synagogą, gdzie jeszcze niżej płynęły wody Białej Łady ku południowi w słońcu otoczone olchami. Zszedł w dół w stronę mostu, by od ulicy Targowej wejść na rynek. Był dzień targowy. Idąc usłyszał Isaak za sobą wrzawę dzieciarni. Wybiegali przecinając mu drogę to z jednej to z drugiej strony, śmiali się i coś tam wykrzykiwali. Ale jemu to nie przeszkadzało. Szedł rozglądając się, czasem się zatrzymywał obserwując przechodniów, co chwila wypadały mu kartki, po które musiał się schylać, a dzieci śmiały się. Wyglądał w oczach tej dzieciarni pewnie śmiesznie, mały, chudy, trochę piegowaty, z rudymi pejsami. Gdy był już na ulicy Targowej ujrzał siedzącego na ławie przed domem Walentego Brodowskiego. Gdy Walenty zobaczył Isaaka i idącą za nim zgraję dzieciarni żydowskiej i katolickiej wstał z ławy i wyszedł na ulicę.

- A nie wstyd wam dokuczać tak kawalerowi. Uciekać mi tu zaraz do swoich domów - krzyknął głośno.

Dzieciarnia rozpierzchła się w różne strony.

- Pozwól młodzieńcze na chwilę do mnie, usiądźmy na ławeczce, porozmawiamy - rzekł Walenty.
- Byłem wczoraj u twojego wuja.
- Wiem.
- Gdzie tak spieszysz?
- Gdzie ja śpieszę?, Ja wcale się nie spieszę, tak idę sobie, słońce świeci, taki dobry dzień.
- Dobry, tylko nie dla każdego taki dobry - rzekł Walenty.
- A co pana trapi panie Walenty?
- Myślę sprzedać dom. Mam już kupca. Pawła Wolanina. Tylko chciałbym sprzedać, by mieć w tym domu dożywocie.
- To nie trzeba sprzedawać domu - rzekł Isaak.
- A co mam robić. Zostałem sam. Żona mnie opuściła. Władysław ją zabrał, ten mój najmłodszy syn. Do Ciechanowa pojechał. Ożenił się ze szlachcianką. Kupili kamienicę, ma zakład fotograficzny. A Jan kupił sobie dom tu w Biłgoraju przy ulicy Tarnogrodzkiej i też ma zakład fotograficzny. Byłeś w tym zakładzie? Nie byłeś? Koniecznie trzeba pójść i zrobić sobie zdjęcie. Ożenił się z Wnukówną, piękną panną, mieszczanką, bogatą. Janowi to Żydzi przepowiadają, że zostanie burmistrzem. Zrób sobie zdjęcie. Koniecznie na pamiątkę.
- Pójdę na pewno - rzekł Isaak -chociaż wcale o tym nie myślał.
- Kazimierz... Nie ma o czym mówić. Popija. Zdolny. Murarz. Roboty by miał, ale on przy Janku się plącze, nie żeni się i myśli jakiś sklep zakładać. Mówi, że księgarnię. On źle skończy.
- Panie Walenty nie trzeba tak myśleć
- Ja też mam fach. Znasz Warszawę?
- Znam
- A byłeś na zamku królewskim?
- Nie byłem.
- Nie byłeś? Ja pracowałem na zamku królewskim. Jako murarz. Coś więcej jak murarz. Te wszystkie ozdoby, te zwieńczenia, te cudeńka to moja robota. Alem już stary, na rusztowania nie wejdę. Zarabiało się kawalerze - zarabiało.
- Nie przeczę - rzekł Isaak.
- Ten mój najstarszy syn Stanisław to jeszcze się nie ożenił, a ma już czterdzieści lat. Czy byłeś kawalerze w operze w Warszawie? Nie byłeś? Koniecznie idź. Tam Stanisław gra w orkiestrze. Na basetli. Pokażę ci kiedy zdjęcie tej orkiestry. Ale on mówi, że rzuci orkiestrę. Chce zostać murarzem. Powinien się ożenić. Pewnie przyjedzie do Biłgoraja.
- To nie będzie miał gdzie mieszkać jak pan Walenty dom sprzeda.

      Isaak słuchał Walentego kiwając tylko głową, przy której poruszały się rude pejsy.

- Córkę Felę wydałem za mąż - mówił dalej Walenty. Za Witkowskiego. Wyjechali do Milanówka. Ona też fotograf, ma zakład a jej mąż naczelnik pocztowy. Wcale tu nie przyjeżdżają. Ale czy ja ciebie nie nudzę młodzieńcze?
- Chętnie słucham - rzekł Isaak. Słyszałem, że rodzina Brodowskich to herbowy ród - Walenty popatrzył zdziwiony na Isaaka.
- A skąd to młodzieniec wie?
- Nu, Biłgoraj to małe miasteczko. Żydzi wiedzą.
- A czy wiesz jaką nazwę ma herb Brodowskich? Łada - młodzieńcze - Łada. Co z tego, niewola była, ciężkie czasy, przeminęło bogactwo, wszystko odchodzi w zapomnienie. Po niedzieli przyjdę do twojego wuja...

      Isaak wstał z ławy, bo Walenty zamyślił się, pożegnał go i wąską uliczką, która pięła się w stronę rynku a po której zimą dziatwa zjeżdżała na sankach, wszedł na plac targowy.

Gwar był tu i zgiełk. Przekupki z masłem, serem, jajkami. Konie, furmanki, na nich zboże, drób, prosięta. Targujący się chłopi z Żydami. Kramy z tandetą przeważnie żydowskie, wyroby rzemieślnicze takie jak sita, przetaki, drewniane łyżki, maselniczki, gliniane garnki. Przy furmankach koński nawóz, rozrzucone siana i owies z końskich obroków. W powietrzu unosił się zapach taniej machorki i wędzonych kiełbas. Wśród tego zgiełku można było spostrzec zataczających się pijaków i skradających złodziejaszków. Wokół rynku kamienice - przeważnie żydowskie w nich sklepiki bogatych i biednych Żydów, szynki gojów z wódkami i zakąskami, a w środku rynku murowany ratusz o zwykłej, prostej budowie, brzydki i pewnie ciasny.

Isaak przechadzał się, patrzył, coś tam naszkicował, wszystko go interesowało a chwilami nie podobało mu się tu nic. Słońce przypiekało coraz mocniej, zbliżało się południe, zadzwoniły dzwony w pobliskim kościele na "Anioł Pański" zagłuszone krzykiem domowego ptactwa. Zwinął więc Isaak swe notatki i powlókł się do domu zgłodniały. Gdy wszedł do domu zastał u wuja córki Bendita, zwanego Tatusiom, Zewelet i Baszę. Wyglądały jak dwie elegantki z kapelusikami. Przyglądał się im nie ruszając się od progu, ale one nawet na niego nie spojrzały. Czy mogły patrzeć na brzydkiego, chudego młodzieńca o rudych pejsach? One prowadziły burdel na Piaskach. Ich matka zmarła na cholerę. Szukały ojca, by mu dać trochę pieniędzy, bo on tak chciał. - Ciągle wyłudzał od córek pieniądze. Gdy córki Bendita odeszły wszedł nowy gość, którego wuj nie mógł się pozbyć. Był nim Tawele Smarowicz, pośrednik między szmuklerzami. Isaak przypomniał sobie jak to matka opowiadała często o przemytnikach towarów w Galicji. Podobno przemycane towary chowali często na żydowskim kirkucie. Ale czy to była prawda.

Gdy zbliżał się wieczór i nadchodziła ciemna bezksiężycowa noc, poszedł jeszcze raz Isaak na rynek, by zobaczyć jak pracownik magistratu zapala uliczne naftowe latarnie. Isaak bał się ciemnych nocy. Nawet po szabasie nie często wychodził na ulice, jak to czynili Żydzi. A po szabasie zawsze gwarno było na biłgorajskich ulicach, po których urządzali sobie spacery żydzi rozmawiając w swym tylko języku.

Mijały dni, tygodnie, miesiące. Isaak wiele godzin spędzał na modlitwie i studiowaniu Tory. Prowadził długie dyskusje o Bogu wśród młodzieży. Wielce zajmowały go rozmowy z wujem Józefem, który opowiadał o dziadku Jakubie, jaki to On był, jak pracował, jakim wielkim szacunkiem cieszył się nie tylko wśród Żydów, ale też wśród katolików. Opowiadał o spotkaniach dziadka z księdzem Czesławom Koziołkiewiczem, dziekanem biłgorajskiej parafii. Obserwował Isaak pobożnych Żydów - hasydów co to chodzili w czarnych chałatach i jarmułkach na głowie. Przyglądał się obrzędom weselnym i pogrzebom żydowskim stojąc zawsze na uboczu. Uczestniczył we wszystkich żydowskich świętach. Spędzał z rodziną wuja szabasowe wieczory przy zastawionym stole i zapalonych świecach podczas których medytowano nad zburzoną Jerozolimą przez rzymskiego wodza Tytusa. Myślał o ojcu i matce czy wyjechali już do Starego Dzikowa. Myślał też, czy starszy brat Jeszua jest jeszcze w Kijowie, o siostrze Ester. Zaglądał do kuchni pełnej zapachu cebuli, ryby, pieczonych placków i chatki. Przekomarzał się z dziećmi wuja Józefa. Błąkał się często po kirkucie i rysował stare rosnące tam dęby. Podkochiwał się w córce zegarmistrza Teodora.

Nastał rok 1920. Isaak przygotowywał się do wyjazdu. Miał rozpocząć naukę w Warszawie w Seminarium Rabinackim Tachkemoni.

Wyjechał z Biłgoraja w 1921 roku żegnany przez rodzinę i przyjaciół. Za pomostem obejrzał się jeszcze, gdzie na wzgórzu stał dom dziadka Jakuba, synagoga, łaźnia, studnia. "Przyjadę tu na pewno jeszcze" - pomyślał.

Tym młodzieńcem był Isaak Singer, syn Pinkasa i Betszewy a wnuk Jakuba Zyłbermana rabina na Biłgoraju.

Isaak-Bashewis-Singer urodzony 14 lipca 1904 roku w Leoncinie. Laureat Literackiej Nagrody Nobla za rok 1989. Zmarł na Florydzie 24 lipca 1991 r.

Wiktoria Klechowa

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: