Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 11/1997
Kolędowe preludium
Cicha noc, pachnąca igliwiem Stara szopa, otulona śniegiem białym. Wokół stołu rodzina. Na sianku w opłatku małym. Miłość Wielka Ciałem się staje.

Hej! Gdy zima zaprzężona w białe konie Przywiezie nam, wieczór grudniowy święty.

Gdy usiądziem przy wigilijnym stole i zaśpiewamy nasze polskie kolędy...

Jan Bielak.

Przed nowym domem Jana Bielaka w Dereźni siedzi sobie kamienny Chrystusik Frasobliwy, ręką rzeźniarza skłoniony do zadumania nad tym światem i ludzką dolą. Opodal na pniach drzew, stoją drewniane świątki pokryte mokrym śniegiem. Stoją dostojni królowie, święci obok dziada i baby przysadzistej w kolorowej spódnicy.

Słotna ta zima. Gospodarz prowadzi przez rozmokłe podwórze do starego domu, nowy jeszcze nie wykończony. Już po otwarciu drzwi okazuje się, że to nie jest typowy wiejski domek. Na ścianach wiszą płaskorzeźby w drzewie, wisi krzyż z Ukrzyżowanym. Drewniane figury, jest ich pełno, stoją wszędzie gdzie to możliwe. Jedne jakieś zwykłe, inne od razu przyciągają wzrok. Trzeba na nie popatrzeć, poznać ich rysy, posłuchać ich niesłyszalnej mowy płynącej z ukrytej w lipowym drewnie duszy.

Gospodarz prosi dalej do pokoju. Na stole pojawiają się różne, zapisane ręcznie i maszynowo papiery, fotografie .niewielkie ukrywane

 gdzieś figurki. Po chwili unosi się zapach kawy, jest przytulniej i cieplej.

Czy można rozmawiać z ludowym twórcą o czymś innym niż o sztuce? Można, ale w każdym zdaniu jest ona obecna. Więcej jej czy mniej, ale ona tu jest w tym domu. Pan Jan opowiada o niej ciepłym teatralnym barytonem;

To już trochę czasu upłynęło, może z piętnaście lat. Kiedy dzieci były małe a pracowaliśmy z żoną na zmiany, zostawałem z nimi w domu i tak sobie, jakby dla zabawy, wziąłem do ręki scyzoryk i kawałek kory, sosnowej i ciąłem. Do dziś nic już z tych pierwszych moich prób nie zostało. Mijał rok za rokiem i ani się spostrzegłem jak mnie to wciągnęło, teraz puste ręce to nie moje. Muszę coś w nich mieć, to kawałek lipy - to dobry materiał, choć u nas lipa jest rzadka, to kawałek topoli, wolę topolę lub olchę - lepiej dają się wygładzić. Pątnik zrobiony z lipy, na podwórzu długo nie wytrzymał, spróchniał do połowy. W zimowe wieczory aż ciągnie do tego dłubania.

- Moja pierwsza rzeźba ? To był Św. Józef zrobiony z sosnowej kory. Niewielka figurka. Później były głowy, coś na kształt głów wawelskich, robiłem je w dębie to było naprawdę trudne. Zrobiłem tego dość dużo, ale wszystko się rozeszło, najwięcej jako prezenty. Podobały się.

Później już były pełne figury. Matka Boska Różańcowa, figura prawie metrowej wysokości.

- Skąd technika? No cóż, jestem samoukiem, nikogo nigdy nie podglądałem przy rzeźbieniu. Samo to przyszło i tak jest nadal. To jest przeżycie, wciąga, to robi się z potrzeby serca. Trudno mi powiedzieć dlaczego trzymam się postaci liturgicznych i najczęściej je rzeźbię. Kiedyś robiłem różne zwierzęta, ptaki, ale to wymagało długich obserwacji. Moimi rzeźbami zainteresował się pan Zbigniew Litwajtis z Zamościa. Potrzebował dużo rzeźb. Podpowiadał mi co chciałby mieć. Szły do sprzedaży, pewnie w większości za granicę. Dziś pozostał tylko katalog. Taka robota pod zamówienia to nie to samo co robi się z własnej woli. Czasami trudno się było do tego zabrać i nie zawsze wychodziło tak jak powinno, choć to robiło się dla pieniędzy. W latach osiemdziesiątych rzeźbami interesowały się sklepy Ars Christiana, ale to już było co innego. Te świątki to były moje, to moja praca w całości.

- Teraz? Teraz już nie ma popytu na drewniane rzeźby, nie widać już takiego zainteresowania tą sztuką. Może już to rękodzieło ludowe wymiera nikomu niepotrzebne. Nie ma już tylu wystaw, zapomina się o ludowych rzeźbiarzach-samoukach. Społeczeństwo staje się uboższe o tę sztukę. Tak, jest ona amatorska, ale jest niepowtarzalna, nie wynika z żadnych kanonów, jest oryginalna. Każda z tych rzeźb to inna dusza, ją trzeba odkryć i to jest najciekawsze.

- Co chciałem wyrazić w tych rzeźbach ? Na pewno są one wyrazem moich uczuć, mojej wiary. To chyba to! Nastroje, jakim się ulega też. Kiedyś rzeźbiłem różne postacie diabłów, szatany, boruty i inne diabelskie nasienie - to wiązało się z inną moją działalnością, z... kabaretem, w nim było trochę radości, trochę szaleństwa. Byliśmy młodzi, choć nie tylko. Był z nami taki dziadzio Przytuła, piękna i ciekawa postać miał 76 lat .Pięć lat to w Dereźni prowadziłem. Kabaret nazywał się "DEREKUR" i był dość znany, nawet w województwie zamojskim. Występowaliśmy w Zamościu, Hrubieszowie i w innych miejscowościach, przez kilka lat na dożynkach wojewódzkich, na prawie wszystkich uroczystościach związanych z ruchem ludowym, na imprezach strażackich. Początkowo sponsorowała nas OSP później ZMW. Jakieś tam te diabełki się przewijały, stamtąd wychodziły i inne różne stworzonka.  Pisałem teksty , tez różne, satyryczne, liryczne, bardzo poważne, nie tylko dla kabaretu. Czasami pisałem po prostu dla siebie.

- Czy publikowałem'? Nie, może kiedyś wyjątkowo w "ZARZEWIU", rok 1984, wtedy to było czasopismo Związku Młodzieży Wiejskiej, innych takich nie było. Kabaret to nie wszystko, był jeszcze i teatr. Powstał przy Gminnym Ośrodku Kultury w Biłgoraju. To był teatr dramatyczny. Choć większość nas wyszła z kabaretu, tu już robiliśmy coś innego. W teatrze zagraliśmy "Ścieżkę przez pole" H.Auderskiej. Z tą sztuką wystąpiliśmy w sejmiku w Tarnogrodzie. Wystawialiśmy wielokrotnie "Jasełka", "Mękę Pańską" w kościele.

- Co grałem? Byłem Judaszem, Setnikiem,Sw.Janem Apostołem, pasterzem w jasełkach. W "Ścieżce przez pole" gartem Gonta. Kogo ja nie grałem ? W kabarecie to już sam nie wiem. Później trochę zestarzeliśmy się, panienki powychodziły za mąż, ludzie zaczęli się  zajmować   inną działalnością. W początku lat dziewięćdziesiątych wiele się na wsi zmieniło. To był już inny czas. Ludzie zamykali się w sobie i w domach.

- Dlaczego? Trudno powiedzieć. Może to kultura z Zachodu wywarła wpływ na młodzież, może telewizja?

Rzeźba mi została. Teraz pracuję nad Matką Bożą z Dzieciątkiem. To też rzeźba moja, od serca, może ze względu na okres Bożego Narodzenia. Robiłem też szopki, trochę figur z nich zostało, jedną z szopek zrobiłem w formie płaskorzeźby, trafiła jako prezent do Kijowa.

- Tak, z rzeźbienia żyć się nie da. Mam trochę ziemi, trochę gospodarstwa, pracuję zawodowo w kinie BDK.

- Święta? Wigilia? Cóż, jak wszędzie. Tradycyjnie u nas    według staropolskiego obyczaju - rodzina, opłatek, potrawy wigilijne. Jest zawsze choinka, świątki też pod nią stoją i słuchają kolęd. Takie to nasze święto.

Wszystkim życzę i redakcji "TANWI"

WESOŁYCH ŚWIAT I SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!

Uścisnęliśmy sobie dłonie na pożegnanie. Gospodarz rad z mojej wizyty. To co robi , od serca - ta sztuka, nie ma aplauzu, braw, tak potrzebnych każdemu artyście. Całymi godzinami zostaje sam na sam z kawałkiem drewna, dłutkiem w ręku i myślami, które cichutko przenikają w wyłaniające się postacie.

M. J. Szubiak

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: