Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 1/1995
Cierpliwość zwycięża
Od chwili wydarzenia z koleżankami, stwierdziłem, że za dużo wyolbrzymiałem swoją tragedię domową, że w szkole więcej się Interesują moją osobą niż moimi warunkami domowymi. To stwierdzenie nieco mnie uspokajało i dodawało więcej śmiałości oraz polepszało moje samopoczucie w szkole, wśród kolegów i koleżanek. Dzięki temu coraz mniej cierpiałem z powodu biedy w domu. Choć ojciec dalej pił. choć głód dokuczał często niesamowicie, choć wieczorne dialogi nie dawały mi spokojnie się uczyć, to Jednak dzięki szkole i życzliwej atmosferze w jej środowisku. nie przeżywałem tego tak tragicznie jak dotychczas.

Tymczasem wojna trwała dalej. Coraz trudniej było mi pogodzić braki materialne z potrzebami nauki. Bywały chwile pełne zniechęcenia. Coraz częściej zdawało mi się, że sąsiedzi mieli rację twierdząc, że nic z mojej nauki nie będzie, że szkoda mojego wysiłku i starania. Tyle jeszcze lat trzeba się uczyć, by dojść do matury. Trzeba byłoby Jakiegoś cudu, by móc ją osiągnąć. Ja jednak jeszcze nie traciłem nadziei. Uparcie wszystko znosiłem. trudności pokonywałem jak mogłem, a wszelkie upokorzenia cierpliwie w duszy przeżywałem. Chęć nauki była silniejsza od wszystkich trudności l pozwalała mi a raczej dodawała sił. by się nie zniechęcić, by nie przerwać tego co zacząłem.

l tak powoli dobiegał koniec roku szkolnego pierwszej klasy gimnazjalnej, a potem wakacje. Odmienne one były niż innych. Dla mnie był to bowiem czas zdobywania środków na dalszą naukę. Dlatego w czasie wakacji od świtu do dziesiątej pasłem krowy. później karczowałem łąkę u siebie i u ciotki z tzw. loży. Były to krzewy szybko się rozrastające i niszczące trawę. Po południu zaś znów spacer z krowami na tzw. niwę, to jest nasze działki za włościami dworskimi, ciągnące się aż pod Dąbrowicę. A to wszystko robiłem, by zarobić parę złotych na dalszą naukę.

W tym czasie ciotka zza ściany kończyła swój dom i na jesieni miała się do niego przenieść. Tym samym my mieliśmy jej mieszkanie wziąć w posiadanie. Tam warunki będą już lepsze bo sufit się nie walił, podłoga choć stara i deski spróchniałe, ale zawsze jakaś była i nie trzeba było na niedzielę malować gliną ubitej ziemi jak dotychczas. Tam też słońce w pogodne dni zaglądało przez okno do wnętrza. My mieszkaliśmy od północy i słońce widziało się tylko wtedy gdy wychodziło się na podwórze, a tak ciągły mrok ogarniał wnętrze mieszkania. Jakby chciał zasłonić całe ubóstwo i opuszczenie domu.

Wreszcie druga klasa. Na początek roku szkolnego tym razem szedłem bardziej spokojny, z większą nadzieją i pewnością niż w roku ubiegłym. Nie miałem tego lęku. Nawet sprawa pasienia krów nic dawała okazji do obaw, bo czułem, że wszyscy się do tego przyzwyczaili. Najważniejszą rzeczą było dla mnie i innych zdobycie choć parę książek, co nadal nie było łatwe. Zeszyt i wspólne odrabianie lekcji na podstawie notatek w szkole było podstawą. Nie było jednak innego wyjścia. Jak kto mógł. tak się ratował, by w szkole wychodzić na cało i nie zniechęcać się trudnościami. A były one zwłaszcza dla mnie niemałe. Trzeba było wiele samozaparcia, żeby je pokonywać, żeby się nie zniechęcić, żeby wytrwać w dążeniu do celu raz w życiu wytyczonego.

W domu też coraz różne zdarzały się niespodzianki, które nauki nie ułatwiały. Przypominam sobie jak pewnego listopadowego wieczoru, po dodatkowych lekcjach wracałem do domu ze szkoły i wchodząc do mieszkania zobaczyłem scenę, która mnie wyprowadziła z równowagi. Przy stole siedzi starszy brat i dwóch jego kolegów a na stole butelka wódki. Byłem głodny i wymęczony a ten widok tak mnie zdenerwował, że chwyciłem butelkę i wyrzuciłem przez drzwi, których jeszcze nie zdążyłem zamknąć. Całe towarzystwo stanęło jak wryte. Nie mogli pojąć, że mogłem się na to zdobyć. Wybiegli na podwórze szukać butelki. Nie mieli latarki to świecili zapałkami. Łazili raczkiem, posuwając się naprzód, macając rękami ziemię. Po długim szukaniu jeden z rozpaczą krzyknął: Chłopaki nieszczęście, patrzcie, musi się butelka rozbiła o ten głaz. Podchodzą, świecą zapałkami i widzą przy głazie kawałki szkła butelkowego. Nie dowierzają, dotykają palcami głazu, jest mokry, ale uczą, że może to z rosy listopadowej. Potem po kolei klękają i liżą kamień z jękiem stwierdzając: a jednak rozbił, to nasza wódka. Zaklęli, wstali i weszli do mieszkania, krzycząc:
coś ty zrobił? A nic - odpowiadam. Jak to nic - krzyczą - wódkę żeś nam zniszczył. No to co - odrzekłem. Czułem, że mój obojętny spokój i spokojne odpowiedzi wprawiają ich we wściekłość i że bez walki się nie obędzie. Mogłem uciec, ale miałem już osiemnasty rok i byłem przecież w swoim domu. Jak więc mogłem uciekać? Byłem zdecydowany stanąć do walki bez względu na jej wynik.
W najgorszej sytuacji był nieżyjący już brat. Z jednej strony chciał być z kolegami. ale z drugiej bał się skutków tej walki. Wiedział dobrze, że ojciec miał wielki dla mnie respekt, zwłaszcza gdy zdałem do drugiej klasy gimnazjalnej. Nieraz czułem, że był względem mnie jakiś onieśmielony. Brat też to wyczuwał i dlatego znalazł się między młotem a kowadłem - jak to mówili starsi w takiej sytuacji. Nie wiedział jednak jak to załagodzić. A tymczasem jeden z nich zbliżając się do mnie powoli cedzi przez usta słowa, z których wynika, że rozpoczyna sąd nade mną. Tyyy skuuur... ale nie dokończył. Głośne, niespodziewane wołanie wchodzącego ojca: co tu się dzieje? pokrzyżowało jego plany. Dla brata było szansą ratować sytuację, dlatego zawołał: nic tato, to tylko małe nieporozumienie. I wyciągnął ich z domu na podwórze. Ojciec tymczasem rozejrzał się a widząc, że nic nie było połamane czy rozbite, nic nie mówiąc zdjął palto i zaglądał do garnków na kuchni, szukając czegoś do przegryzienia.

Oczywiście, tego wieczoru o odrabianiu lekcji nie było mowy. Rozważałem zaistniałą sytuację i pytałem samego siebie: czy dobrze zrobiłem, czy źle? Ale odpowiedzi nie znalazłem. Była to dla mnie trudna zagadka. Jedno tylko wiedziałem, że tam gdzie jest zło, trzeba się sprzeciwiać. Poza tym byłem przecież w swoim domu i miałem prawo, by w nim nie było pijaństwa. Już dość tego miałem przez tyle lat, ale ojciec przynajmniej w domu nie pił, tylko przychodził już pijany, dlatego nic na to poradzić nie mogłem.

Tak rozważając i usprawiedliwiając samego siebie z trudem zasnąłem.

Ks.K.Pińciurek

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: