Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 1/1995
Wspomnienie cz.IV
Obóz w Riazaniu
Przed brania obozu, powitała nas duża grupa rodaków. przebywających w obozach rosyjskich od 1944 r. Szczególnie serdeczne powitanie lulałem z towarzyszami broni z okresu okupacji niemieckiej Michałem Kochmańsklim. Edwardem Bieleckim z Biłgoraja i Józefem Strzałką z Biszczy. Wobec tego. że byliśmy zmarznięci i zmęczeni dziesięciodniową podróżą, koledzy porozumieli się z kucharzami i zrobili nam niezłą, jak na warunki obozowe, zupę na kolację. Podróż z Kijowa do Riazania w wagonie więziennym, nie ogrzewanym, bez zimowego ubrania, mocno odbiła się na moim zdrowiu.
Następnego dnia po przybyciu do obozu wydano nam sienniki i wskazano na kupę startej na popiół słomy, by nabrać tego do sienników. Tak jak to zrobili mol koledzy przywiezieni z Kijowa, poszedłem i nabrałem tego śmiecia do siennika - nic dało się wybrać bez śniegu i kawałków lodu - nie było w czym wybierać. Na tym śmieciu położyłem się spać. a skutki tego spania takie, że następnego dnia zabrano mnie do prowizorycznego szpitala obozowego, gdzie lekarze nasi. Polacy - więźniowie Jak i my stwierdzili zapalenie opłucnej- W szpitalu tym przeleżałem około 4 miesięcy. Gdy wyszedłem ze szpitala to już było ciepło i można było korzystać ze spaceru na powietrzu w obrębie obozu okolonego czterema rzędami drutu kolczastego. Na każdym rogu tego ogrodzenia był tzw. "gołębnik", na którym stał sołdat /wartownik/ z karabinem maszynowym i pistoletem i umieszczone byty reflektory. Na noc, na zewnątrz ogrodzenia. przywiązywane były psy, które miały alarmować w razie ucieczki.
W obozie było nas około 1500 więźniów Polaków. w tym około 50 kobiet oraz trzydziestu Rosjan przywiezionych z krajów zachodnich. Byli tani Polacy z różnych terenów Polski, przeważnie z województw:
lubelskiego, wileńskiego, lwowskiego, mniej z warszawskiego. Było pięciu generałów: gen. Bitner z lubelskiego, generał podający się za Grabowsklego -prawdziwe Jego nazwisko Kazimierz Tumidajski pseud. "Marcin" Komendant Okręgu Lubelskiego. gen. Flllpowicz z lwowskiego, gen. Świtalski z lubelskiego, gen. KrzyżanowskI ps. "Wilk" z wileńszczyzny - którego przywieźli około połowy 1946 r. z więzienia z Moskwy.
Poza tym było (rzedł pułkowników; Czerwiński te Lwowa. Majnilch z-ca Komendanta Okręgu z Lublina. Tura z lubelskiego - wszyscy z Armii Krajowej.
Spośród znanych na naszym terenie dowódców oddziałów partyzanckich AK zastałem w obozie również majora "Żegotę".
Więźniowie podzieleni byli na oficerów i szeregowych, zależało od tego. kto Jaki stopień podał. Oficerowie ulokowani byli w oddzielnych barakach. Poza tym otrzymali oni po jednym dekagramie tytoniu i nie byli używani do żadnych prac. natomiast szeregowi, cl którzy używani byli do pracy, też otrzymywali po l dkg tytoniu lub machorki na dzień l po 00 dkg chleba. Cl szeregowi, którzy do pracy nie byli używani, otrzymywali po 50 dkg chleba na dzień oraz na obiad zupę lurę. na śniadanie l kolację Jakieś pomylę zwane czarną kawą. tytoniu nie otrzymywali. Wielu spośród więźniów poszłoby chętnie do pracy poza druty, lecz nie wszystkich chcieli wyprowadzać z obozu, chodziło o to. by ludzi hardziej światłych nie kontaktować z obywatelami rosyjskimi ze względów politycznych.
Nie byłem w porządku ze swoim zdrowiem Jeszcze przed aresztowaniem, znacznie się ono pogorszyło podczas przebywania w lochach NKWD. w Kijowie. Okropne warunki podróży z Kijowa do obozu w Riazaniu spowodowały, że zmuszony byłem po paru tygodniach od wyjścia ze szpitala ponownie udać się po poradę do naszego lekarza, /więźnia pracującego w szpitalu/, który po zbadaniu ulokował mnie z powrotem w szpitalu.
W szpitalu były znacznie lepsze warunki, gdyż miałem własne łóżko i obsługę. Przy tym jedzenie było cokolwiek lepsze i otrzymywałem 1 dkg tytoniu.
Kierownikiem tego szpitala był Rosjanin, lecz ten mało zaglądał do chorych właściwą opiekę nad chorymi sprawował nasz lekarz, pan Osiński - Imienia jego nie pamiętam i nie wiem z Jakich okolic Polski pochodził. Pan Osiński zaopiekował się mną. Był w tym szpitalu i drugi lekarz Polak, lecz nazwiska jego nic pamiętam. W ambulatorium pracował lekarz Wiśniewski, również nie pamiętam jego Imienia. Ile ci ludzie włożyli pracy i troski o chorych. Ile starań, by tych chorych ratować i by mogli jeszcze wrócić do ojczyzny. Nadzieją tą każdy z nas żył. lekarze ci byli bez reszty oddani cierpiącym rodakom. Mieliśmy w obozie również dentystę, był to prawdopodobnie technik dentystyczny, ten też miał swoją pracownię. jednakże za swoje usługi pobierał po jednym lub więcej rubli.
W obozie w Riazaniu Jakikolwiek kontakt z rodziną w kraju był zakazany. Pisaliśmy listy l posyłaliśmy przez tych współwięźniów, którzy wyprowadzani byli poza obóz do pracy i za pośrednictwem Rosjan wrzucali je do skrzynek pocztowych. Na te listy nikt z nas odpowiedzi nie otrzymywał.
W ciągu całego czasu pobytu w obozie w Riazaniu, z małymi przerwami, przebywałem w szpitalu pod opieką lekarza Osińskiego, W tym dwukrotnie wysyłany byłem na leczenie do obozowego szpitala w Skopino. Gdy w połowie 1946 r. wleźli nas do Skoplno. mieliśmy, jak na stosunki rosyjskie, uczciwych konwojentów, którzy w czasie dłuższego postoju na stacji kolejowej w Riazku pozwolili nam po paru wychodzić na miasto. Skorzystałem z tego l ja. Napisałem wówczas kartkę pocztową do domu i wrzuciłem do skrzynki pocztowe). Jako swój adres zwrotny podałem obóz w Skopino. W obozie tym przebywałem około trzech miesięcy l tak się szczęśliwie złożyło, że pod koniec mojego tam pobytu politruk tego obozu doręczył ml kartkę pocztową od rodziny z Polski. Czytałem tę kartkę i płakałem z radości, gdyż po dwu i półletnim pobycie w obozach dowiedziałem się. że żona i dzieci są zdrowe, że dzieci się uczą. Najbardziej obawiałem się o syna. Balem się, by Zbyszek nie uległ namowom t nie wplątał się w walkę polityczną.
Zimową porą z 1946/1947 r. przebywałem w tym obozie w Skopino po raz drugi, byłem tam około dwóch miesięcy. Ostatnio, gdy nas wleźli z Riazania do Skopino. mieliśmy bardzo przykrą podróż. Odległość około 200 km Jechaliśmy przez tydzień w wagonie towarowym, nie ogrzewanym przy 15 stopniowym mrozie. Gdy przyjechaliśmy do Skopino to jednego z naszej grupy wniesiono do baraku na noszach, a zanim dali mu miejsce na sali zmarł na noszach w korytarzu. Do naszego transportu dołączony był wagon z Jeńcami niemieckimi, cl w drodze z Riazania do Skopino mieli sześciu trupów - tak wyglądała nasza podróż. Po dwóch miesiącach wracaliśmy z powrotem do Riazania. Wagon towarowy do 1/2 wysokości naładowany gliną, choć wagon kryty to bez drzwi. glina zmarznięta, zasypana śniegiem, nie można było na tym stać bo za nisko, siedzieć też trudno, gdyż śnieg i mróz.
W obozie w Riazaniu było o tyle lepiej od warunków w Skopino. że była nas duża Ilość. Mieliśmy tam czterech księży Polaków, więźniów, którzy odprawiali msze święte, spowiadali i udzielali komunii świętej. W porze zimowej msze odprawiane były w korytarzu baraków, natomiast w porze letniej na placu obozowym. Nie bardzo to podobało się naszym dozorcom. Jednakże nie było wypadków przeszkadzania w tych praktykach religijnych
Baraki były strasznie zapluskwione i dlatego letnią porą co pewien czas wynosiliśmy ramy i deski z prycz na plac. gdzie paliło się ognisko a nad nim kocioł z wrzącą wodą. w który zanurzaliśmy kawałki prycz z pluskwami i w ten sposób część pluskiew była niszczona. Nasi dozorcy robili nam zbiórki na placu. gdzie musieliśmy stać po kilka godzin. W tym czasie cała załoga obozowa wchodziła do opróżnionych baraków i dokonywała szczegółowej rewizji.
Najbardziej przykre były dla nas święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Wtedy z całą silą wybuchała tłumiona w życiu codziennym tęsknota za krajem ojczystym, za rodziną i wolnością. Ileż to razy nasuwało się zwątpienie czy w ogóle zobaczy się Jeszcze swój kraj, swoją rodzinę. Żołnierz Armii Krajowej przechodził tragedię, którą zgotowali mu Rosjanie i leli sprzymierzeńcy, komuniści polscy. Za nasz udział w ciągu pięcioletnie] okupacji niemieckiej w walce ze wspólnym wrogiem, z najeźdźcą hitlerowskim, dano nam lochy NKWD i obozy koncentracyjne. Niejednokrotnie składaliśmy protesty do władz rosyjskich za bezprawne nasze uwięzienie, lecz pozostawało to bez żadnego skutku. Wobec tego postanowiliśmy na znak protestu urządzić głodówkę. W dniu 29 czerwca 1947 r. o godz. 6 rano we wszystkich barakach przebiegli korytarzami Jedni ze współorganizatorów głodówki z okrzykiem "Niech żyje głodówka" - było to hasło do rozpoczęcia głodówki. Tak rozpoczął się nasz protest przeciwko bezprawiu.
Taki protest w ówczesnych warunkach dyktatury komunistycznej w Rosji był czymś niezwykłym l niedopuszczalnym, lecz nie mieliśmy innego sposobu protestu, gdyż składane protesty na piśmie pozostawały u władz lokalnych bez odpowiedzi. W plerwszych dwóch dniach głodówki grożono nam
więzieniem i różnymi Innymi represjami, jednak groźby te pozostały bez skutku. Na trzeci dzień wywieźli generałów i pułkowników do obozu w Skopino. znaczną część wywieźli do więzienia w Riazaniu. między Innymi i Michała
Koclimańskiego. Mnie l wielu Innych do obozu jeńców niemieckich pod Riazaniem. W obozie naszym pozostało około pięćdziesięciu tych. którzy nie przystąpili do głodówki. Wszyscy wywiezieni. gdziekolwiek przebywali, kontynuowali głodówkę. Muszę tutaj zaznaczyć Jaką taktykę przyleli dozorcy obozu, do którego zostałem przywieziony. Dali nam łóżko w prowizorycznym szpitalu obozowym, czysto zasłano, przy każdym łóżku szalka nocna przykryta serwetką, a na tej szafce postawili nam po pól szklanki wódki, na talerzu po pół kg chleba i po jednym surowym ogórku. Na te) sali, gdzie byłem, było nas szesnastu, z których tylko jeden nie wytrzymał nerwowo na widok wódki i wypił ją. reszta głodówki nic przerwała. Na piąty dzień głodówki zaroiło się od władz różnych stopni NKWD. Zaczęły się z ich strony już nie groźby. Jak na początku lecz solenne przyrzeczenia, że sprawa naszego powrotu do kraju już wkrótce zostanie załatwiona pozytywnie l pojedziemy do Polski. Składane nam zapewnienia oraz stan głodujących po siedmiu dniach, gdy głodujący zaczęli się kłaść - padać z wycieńczenia, skłoniły nas do przerwania głodówki. Gdy to nastąpiło, zawieźli nas z powrotem do obozu. Dowiedziałem się wtedy, że komendant Okręgu Lubelskiego generał "Marcin". podający się za Grabowsklego. Kazimierz Tumidajski. gdy tamtejsi dozorcy próbowali go sztucznie odżywiać. bronił się l zmarł na serce.
Na trzeci dzień od zwiezienia nas do obozu zabrali pierwszą grupę około 400 ludzi, w tym pozostałych przy życiu czterech generałów, pułkowników i innych oficerów - dokąd leli zabrali nie wiedzieliśmy. Następnego dnia zabrali drugą grupę. Na trzeci dzień trzecią grupę, w które) i ja się znalazłem, pod silną eskortą z psami, karabinami maszynowymi zaprowadzili nas do bocznicy kolejowej, tam załadowali do wagonów towarowych i z Riazania przez Moskwę zawiezieni zostaliśmy w silnie strzeżonym pociągu do obozu w Borowiczach. na północ od Nowogorodu. Warunki pobytu w obozie Borowicze były takie sanie Jak w Riazaniu.
Po miesiącu od przyjazdu do Borowicz przyjechał do nas pułkownik NKWD. zabrał nas na plac obozowy i urządził coś w rodzaju wiecu. Mówił nam. że Już mamy niepodległą i demokratyczną Polskę, że wkrótce pojedziemy do kraju. Przy tym ostrzegł .że Jeżeli będziemy się tam źle sprawować to przyjedziemy z powrotem do obozu w Rosji - taka to miała być niepodległa Polska. Wyjęci laliśmy za dwa miesiące.
Wleźli nas do Brześcia w zamkniętych wagonach towarowych, był to już październik, wagony nic ogrzewane zimno. Podróż do Brześcia trwała około 10 dni i mocno się przeziębiłem.
W obozie przejściowym w Brześciu trzymali nas 10 dni. W tym czasie zwieźli do granicy, do Brześcia, wszystkich wywiezionych z obozu w Riazaniu. Po 10 dniach pobytu w Brześciu załadowali do wagonów pierwszą grupę, w której i ja się znalazłem. O godzinie jedenastej zamknęli wagony i dopiero z nastaniem nocy doczepili parowóz l przepuścili przez granice. Wagony odemknęli nam kolejarze na stacji w Terespolu. Wysiedliśmy z pociągu na stacji w Białej Podlaskiej. Tam w PUR - Polskim Urzędzie Repatriacyjnym - zostaliśmy nakarmieni. wydano nam bezpłatne bilety kolejowe na przejazd do domu i karty repatriacyjne. Do domu. do Biłgoraja powróciłem 29 października 1947 r. Byłem tak chory i zmęczony podróżą, że nie mogłem o własnych siłach dojść do domu.
Po powrocie do domu okazało się. że trzy miesiące po moim aresztowaniu tj. w październiku 1944 r. żonę z dwojgiem dzieci U B wyrzuciło z własnego domu i umieścili ją w walącej się ze starości ruderze, a dom mój zajęty został na biuro Urzędu Bezpieczeństwa.
Łudziłem się. że gdy powrócę do kraju, do domu. nareszcie po tak ciężkich przejściach w okresie niemieckiej okupacji, a następnie w lochach NKWD w Kijowie i obozach na terenie Rosji będę mógł zażyć spokoju i leczyć swoje potargane zdrowie. Pierwsze trzy miesiące od powrotu do domu przeleżałem w łóżku. Gdy poczułem się silniejszy, zacząłem się starać o pracę, gdyż w domu były pustki. Nie było co Jeść. nic miał kto zarabiać. Okazało się wtedy, że dla takiego przestępcy "politycznego" - czarnej reakcji, jak nas byłych żołnierzy AK nazywano, nie ma pracy.
Nie będę tego opisywał w tym miejscu, gdyż warunki w jakich się znalazłem po powrocie z Rosji stanowią oddzielny okres mojego trudnego życia. Stwierdzani jedynie, że praca moja w konspiracji, w szeregach Armii Krajowe), nie lulała nic wspólnego z polityką trzymałem się z daleka od wszelkich konfliktów politycznych.
Za moją pracę i poświęcenie w walce z oku-pantem. w walce o wolność Polski zapłacono ml. tak Jak i wielu innym żołnierzom AK. lochami i obozami koncentracyjnymi na terenie Rosji, a było to dzieleni nie tylko NKWD lecz do spółki z UB.

Adam Laszko ps."Lech"
Biłgoraj, sierpień 1966 r.

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: