Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 1/1996
Prymicje
Zbliżał się ostatni rok - szósty z kolei - mojego pobytu w Seminarium Duchownym. Ostatnie egzaminy i święcenia kapłańskie. Koledzy te chwile bardzo przeżywali z podwójnego powodu: z racji święceń kapłańskich l z racji przygotowań do uroczystości z tym związanych. Wiadomo, że dla rodzin nowo wyświęconych kapłanów to wielka radość, zaszczyt, radość w domu taka jak z racji chrztu, ślubu, a więc przyjęcie, goście, wielkie chwile w czasie prymicji czyli pierwszej mszy św. odprawianej przez nowo wyświęconego. Również cała wspólnota parafialna może korzystać ze specjalnego błogosławieństwa w czasie mszy św. prymicyjnej.

Dla mnie Jednak święcenia, prymicje były źródłem radości, ale niepełnej bo. miałem przeżywać ten dzień bez uroczystości domowych, ze względu na brak odpowiednich warunków finansowych. Nie narzekałem z tego powodu, choć mimo woli w sercu budził się Jakiś żal, że takie radosne chwile będę musiał przezywać prawie sani. Wprawdzie ksiądz dziekan Kryniecki obiecał na plebani! zrobić herbatę, ale to tylko dla księży l z laski, a więc dla mnie pewne upokorzenie.

Stało się jednak inaczej. Ciotki ze strony ojca. a było ich cztery, dowiedziały się. że rodziny moich kolegów m.in. mojego kolegi z Korytkowa, obecnie proboszcza l dziekana w Tarnogrodzie - robią przygotowania nie tylko w kościele ale l w domu. Wobec takich wieści ustaliły, że też muszą zrobić jakieś przyjęcie. Ale gdzie? u kogo? U mnie nie ma warunków, chyba że u którejś ciotki. Po naradzie uchwaliły, że w domu ciotki Parnickiej. jako że tam były najlepsze warunki na tego rodzaju przyjęcia, a po drugie u niej miałem najwięcej schronienia w latach szkolnych. Ten dom stoi do dziś. Drewniany, jednopiętrowy na rogu ulicy Armii Kraków i Sikorskiego. Oczywiście tych ulic przedtem nie było. Od obecnej Armii Kraków, gdzie jest ulica Sikorskiego biegł płot sąsiada aż do rzeki. Ta decyzja ciotek była gestem życzliwości z ich strony.

Przyznam się szczerze, że nie byłem tym bardzo zachwycony i nie wypadało ml się sprzeciwiać Ich planom, choć miałem świadomość, że będę tam jako gość a nie jako gospodarz. Z drugiej Jednak strony czułem, że gdybym odmówił, będzie dla nich wielka przykrość. Dlatego zwyciężył rozsądek i zgodziłem się na to rozwiązanie, by dać okazję rodzinie i bliskim z ulicy przezywać wspólnie pierwszą bodą) taką uroczystość na Różnówce.

Czas, mimo tych moich problemów, biegł szybko naprzód. Egzaminy, święcenia l prymicje, które miałem odprawiać wspólnie z kolegą ks. Ludwickim, który mieszkał w Korytkowle. a należał do parafii Wniebowzięcia w Biłgoraju. O pomoc w przygotowaniu kazania poprosiłem kań. Kapalskiego, dyrektora do spraw gospodarczych w Seminarium, zwanego Prokuratorem Archidiakonem. Miał on asystować podczas mszy prymicyjnej. Obecny miał być też ks. kań. Krynicki -dziekan dekanatu biłgorajskiego. Co do gości to Ja prosiłem tylko księży, a krewnych i sąsiadów prosiły ciotki. Może wtedy wielu miało żal, że nie zostali zaproszeni, nie wiedząc tego, że ja nie byłem gospodarzem tylko gościem, nad którym zlitowały się ciotki.

Wreszcie przyszedł dzień prymicji. Uroczysta msza św. potem przyjęcie dla gości. Wielu, którzy byli świadkami jeszcze do dziś w czasie odwiedzin w Momotach wspominają ten piękny dzień l te uroczystości. W przerwie poszliśmy nad rzekę i tam przy słonecznej pogodzie zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie towarzyskie, które dołączam do tego artykułu. Tak się zdarzyło, że to zdjęcie zrobiliśmy w tym miejscu, gdzie miałem być rozstrzelany przez Niemców w 1943 r. O okolicznościach tego faktu pisałem w pierwszym artykule moich wspomnień. Dziś Jest tam most na ulicy Sikorskiego. Ilekroć razy przejeżdżam tamtędy wracam do tamtych dni i wspominam tę dziwną i smutną historię.

Na drugi dzień było specjalne przyjęcie dla dzieci z Różnówki na życzenie ciotki Jadwigi Pińciurek z USA. Ciekawy jestem, czy ktoś dziś z tych dzieci pamięta to przyjęcie .

Były to ostatnie dni, gdy czułem się Jako mieszkaniec miasta Biłgoraja. Teraz miałem świadomość, że muszę iść w obce. nieznane strony, bez wyboru l z pewną niewiadomą. Pracy czy parafii po święceniach się nie wybiera. O tym decyduje biskup danej diecezji. Młody kapłan jedzie do nieznanych ludzi, w nieznane strony, w niepewne warunki. Jednak to wszystko dla mnie było mało warte, nie miało wielkiego znaczenia. Dla mnie bowiem najważniejsze było to, że idę innym służyć. To do czego miałem powołanie teraz będę mógł wypełniać. W dzień bezpośrednio przez liturgię Eucharystii, Sakramentów św.. katechezę, obsługę chorych, pracę wśród dzieci l młodzieży. Wieczorami przez przygotowywanie kazań, katechez i przygotowanie różnych pomocy do duszpasterstwa parafialnego.

Zawsze o tym marzyłem, tego chciałem, do tego dążyłem, a teraz będę mógł wypełniać, realizować swoją misję, do jakiej zostałem powołany. Dlatego nie martwiłem się gdzie i dokąd idę. Najważniejsze, że idę. że będę potrzebny, że będę mógł służyć innym. Obawy, że może będzie marne mieszkanie, słabe środki materialne, czy obojętność ludzi, była dla mnie obojętna. Zawsze się pocieszałem, że gorzej mieć nie będę jak miałem w domu.

Byłem pełen optymizmu. Czy na długo? Nie wiem. Na razie się nad tym nie zastanawiałem.

Ks. Kazimierz Pińciurek

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: