Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 2/1995
Trzy razy nie
Po ostatnim incydencie z kolegami brata, ktoś myślałby, że jestem bardzo trudny do współżycia, bez wyrozumienia i bez żadnego współczucia. Tu myliłby się bardzo, bo przeciwnie, byłem i jestem bardzo współczujący i gotowy do postawy służebnej, tam gdzie jest potrzebna dla dobra drugiego człowieka. O tym świadczy fakt, że chociaż sam byłem w trudnych warunkach, to jednak lubiłem chętnie pomagać innym. W tym wypadku, w czym mogłem innym pomóc? No, tylko w tych przedmiotach, które łatwo sobie przyswajałem i lepsze osiągałem wyniki od innych, np. matematyka, języki obce, francuski i łacina. Lubiłem się uczyć wspólnie z in-nymi, bo właśnie wtedy była okazja do pomocy innym w nauce, a często wtedy i sam wiele rzeczy lepiej rozumiałem i zgłębiałem. Pod tym względem jedną miałem trudność nie do pokonania, że nie mogłem zaprosić innych do siebie. Po prostu nie było warunków możliwych do wspólnego uczenia się w moim domu. Dlatego musiałem iść do kolegów lub koleżanek. Czasem się wmawiali, zwłaszcza ci, którzy nie znali moich warunków, ale zawsze dawałem odpowiedź wymijającą, albo wprost mówiłem: wiesz. Ja wolałbym przyjść do ciebie.

Choć muszę przyznać, że przyjście do mnie było bardzo uproszczone, bo u nas, jak też i innych żyjących w podobnych jak (a warunkach, panowała zasada potrójnego "nie". Nie pukało się, nie zamykało drzwi na klucz i nie wycierało się nóg. Nie piszę butów, bo większość przy domu chodziliśmy boso, tak samo w pole czy nad rzekę. Buty były zakładane tylko do szkoły i do kościoła. Nie pukało się, bo taki był zwyczaj, który wypływał ze świadomości, że "wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi". Dlatego w każdej chwili można się było spodziewać wejścia sąsiada czy kolegi. Podobnie nie zamykało się mieszkania, bo nie było zamku, tylko zwykła, swojej roboty klamka, jaką i dziś po wioskach można spotkać. Poza tym w mieszkaniu nie było nic do zabrania, więc nie było potrzeby zamykać. Nikt nic nie kradł, bo nie miał co ukraść. Trzecie "nie", wynikało z tego, że w domu nie było podłogi tylko ziemia na większe święta bielona gliną rozpuszczoną w wodzie. Stąd zbyteczne było wycieranie nóg czy butów, jeśli ktoś je miał, wchodząc do domu. To potrójne "nie" było tak zakodowane w głowie, że trudno było pukać, czy wycierać buty tam, gdzie wyraźnie widać było potrzebę spełniania tych czynności. Właśnie pewnego razu kolega z Kościuszki, głównej ulicy miasta, gdzie prawie nie zdarzały się mieszkania bez podłogi, gdzie przeważnie mieszkali zamożni lub średnio zamożni - na przerwie zwraca się do mnie z zapytaniem, czy nie mógłby przyjść do mnie skorzystać z pomocy w łacinie. Wiadomo, pomoc to bardzo chętnie - myślę - ale zaprosić do siebie jest rzeczą niemożliwą. Dlatego od razu proponuję: czy nie lepiej jak ja do ciebie przyjdę? W duchu bałem się, że tak samo mi odpowie: wiesz, lepiej gdybym ja do ciebie przyszedł. Ale nie, bo odpowiedział: Ależ jeszcze lepiej, tylko wiesz, nie chciałbym cię fatygować. Ale jeśli jesteś chętny, to się bardzo cieszę. A ja jeszcze więcej się ucieszyłem, bo uwolnił mnie z kłopotu i tłumaczenia się, dlaczego nie chciałem się z nim spotkać u siebie. Przypuszczam, że nie domyślał się motywów mojej propozycji, albo nie chciał robić przykrości, znając moje warunki.

Było to w grudniu, krów w tym czasie się już nie pasło, więc nie miałem przeszkód, by udać się do niego, tym bardziej, że nigdy nie zauważyłem u niego jakiegoś lekceważenia mojej osoby, lub wywyższania się nade mną. Na umówioną godzinę, oczywiście patrząc przez okno do ciotki która godzina jest na zegarze wiszącym na ścianie, bo u nas o zegarze nie było mowy - byłem już pod jego drzwiami, ruszyłem klamką, ale było zamknięte. Ujrzałem z boku drzwi przycisk, o którym słyszałem, że jak się naciśnie, to wewnątrz mieszkania dzwonek daje sygnał. Nie miałem pewności czy to prawda ale nacisnąłem i czekałem. Za chwilę słyszę czyjeś kroki, zgrzyt przekręcanego klucza i w drzwiach staje kolega. Byłem bardzo onieśmielony, ale życzliwe słowa kolegi: o jak to dobrze, że na czas przyszedłeś, nieco mnie uspokoiły. On ciągnie dalej: wejdź do środka, proszę. Wszedłem do przedsionka i zobaczyłem wycieraczkę na czystej podłodze. Domyśliłem się, ze trzeba wycierać buty. Czyniłem to z wielkim namaszczeniem i niepewnością czy dobrze to robię. To było dla mnie takie przeżycie, że jeszcze dziś po tylu latach zdaje mi się, że serce mi mocniej bije, gdy o tym wspominam. Tymczasem on prowadzi mnie przez otwarte drzwi do pokoju. Zdumiał mnie piękny stół, nakryty obrusem, krzesła miękkie, kanapa, duże lustro przy ścianie, a to wszystko na pięknym czystym dywanie. On zaprasza do siadania, a tu każdy mój ruch wprawia mnie w niepewność czy dobrze to spełniam, czy czegoś nie zaczepię, nie popsuję. Byłem bardzo niespokojny, czułem się jakoś skrępowany, nawet żałowałem w niektórych momentach, że tu przyszedłem. Tu był inny świat niż u mnie w domu. Zazdrość mnie brała widząc jego swobodę w ruchach i całym zachowaniu. Ja bałem się jakiegokolwiek ruchu, by czasem nie zabrudzić czegoś. Jednak widząc jego zadowolenie i życzliwość, jaką mi okazywał, powoli zacząłem dochodzić do siebie i stawałem się spokojniejszy.

Wreszcie bierzemy się za łacinę. Tłumaczymy jakiś urywek, a ponieważ widziałem u niego braki w gramatyce omawialiśmy rzeczowniki i czasowniki w różnych odmianach. Gorzej było jeszcze ze słówkami. Widać, że nie miał cierpliwości wkuwać ich na pamięć. Mnie to szło łatwiej, bo pasąc krowy, czy obierając kartofle, często je powtarzałem. Tu widziałem moją przewagę i zrozumiałem przysłowie:

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Na koniec mama przyniosła kawę i ciastka, a po wypiciu czas na pożegnanie.

Przed wyjściem spotkało mnie wielkie przeżycie. On dziękując za przyjście i pomoc serdecznie mnie przycisnął, wyrażając swoją wdzięczność. Ja zaś w tym jego geście odczytałem coś więcej, wyczułem, że traktuje mnie jak swego kolegę, choć byłem słabo ubranym biedakiem. Po raz pierwszy w życiu doznałem takiej życzliwości od drugiego człowieka. Byłem niesamowicie wzruszony i rozczulony, bo to pożegnanie odkryło mi wielką prawdę. Nauczyło mnie, że w życiu więcej liczy się serce człowieka, jego gotowość służenia innym i życzliwość, a nie bogactwa, czy pochodzenie społeczne. Dalej uświadomiłem sobie, że zdobywanie wiedzy, która jest źródłem zdobycia zawodu, pomaga być człowiekowi wartościowym i docenianym.

Od tego czasu mniej wstydziłem się swojej biedy, inaczej patrzyłem na życie, na ludzi i mniej tragizowałem swoje nędzne warunki bytowania. Co więcej, to odkrycie było dla mnie pobudką do Jeszcze większego wysiłku, by lepiej się uczyć, owocnie zdobywać te wartości, którymi będę mógł dzielić się z innymi i dzięki którym będę lepiej mógł służyć innym i ojczyźnie. (c.d.n.)

Ks. K.Pińciurek

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: