Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 2/1996
Zaopatrzenie w mapy i kompasy
Wiosną 1941 r. znalazłem się przymusowo w jednej z leśniczówek na terenie pow. biłgorajskiego ratując się przed aresztowaniem w Zamościu. Nie bez trudności nawiązałem kontakt z ówczesnym komendantem obwodu ZWZ - AK kpt. Stanisławom Małeckim, ps. Kosa l otrzymałem dowód osobisty na przybrane nazwisko Feliksa Gajewsklego, ps. Tadeusz. Powierzono ml funkcję oficera organizacyjnego. Na tym odcinku pracy konspiracyjnej było ciągle dużo do zrobienia, po aresztowaniu pierwszego komendanta obwodu Wacława Spalonego, ps. Słoma i mego poprzednika w takim samym charakterze Romana Wahia.

Ponieważ teren mego działania był mi zupełnie obcy, poprosiłem kpt. Małecklego o udostępnienie ml mapy w skali 1:100000, abym wstępnie go poznał. Okazało się, że komenda obwodu taką nie dysponowała. Wręczono mi natomiast kartkę ze schematycznym szkicem głównych szlaków komunikacyjnych i punktowo zaznaczonych niektórych miejscowości. Tak wyposażony zacząłem pełnić swoje obowiązki początkowo pieszo, później posługując się mocno sfatygowanym rowerem. W posiadaniu niektórych ludzi były mapy używane przez oddziały wojska polskiego walczącego tu we wrześniu 1939 r., ale dotyczyły one z reguły odległych terenów. Jak mi mówiono, było ich po wsiach więcej, ale miejscowe kobiety używały ich np. do opakowywania nabiału dostarczanego na targ. Tymczasem sprawy zaopatrzenia się w mapy nie stawiano na porządku dziennym, bo nie było palącej potrzeby.

Sytuacja radykalnie się zmieniła dopiero z początkiem 1943 r., kiedy w Puszczy Solskiej w rejonie Józefowa Biłgorajskiego przyszło już do otwartej walki z Niemcami i rodziły się początki ruchu partyzanckiego na terenie sąsiedniego pow. zamojskiego. Map potrzebowały nie tylko sztaby obwodów, ale i walczące oddziały.

Pełniłem już wtedy funkcję oficera Biura Informacji i Propagandy komendy obwodu biłgorajskiego. Mieszkałem z rodziną w Józefowie Biłgorajskim. Blisko było do stacji kolejowej w Długim Kącie. Dało to możliwość bywania w Warszawie, gdzie miałem rodzinę, znajomych, przyjaciół.

Kiedy ówczesny komendant obwodu kpt. Gniewkowski ps. Orsza uskarżał się na trudności wynikające z braku map najbliższego terenu, podjąłem się załatwienia tej sprawy. Na pomoc jednostek nadrzędnych nie można było Uczyć, gdyż i one miały podobne kłopoty.

Tymczasem w Warszawie mol rozmówcy, nawet zaangażowani w konspiracji, uważali sprawę zdobycia map za beznadziejną. Były one bowiem ogólnie poszukiwane za każdą cenę. Ja tymczasem nie dysponowałem nawet złamanym szelągiem na ten cel.

Jakaż było moja radość, kiedy pewnego dnia przechodząc ul. Moniuszki w centrum miasta, na wystawie księgarni bodajże Zw. Inwalidów ujrzałem arkusze czarno-białych map różnych części Polski w skali 1:300000. Oczywiście nie zawahałem się z ich zakupem. Tego dnia w tej samej zresztą księgami, znalazłem arkusze dawnego pogranicza rosyjsko-austriackiego z częścią Zamojszczyzny także w skali l: 100000 łączone po cztery przedstawiające stan terenu z okresu I wojny światowej. Oryginalność ich polegała na tym, że arkusze z oznaczeniem wzniesień warstwicami łączone były z takimi, na których użyto kreski.

Drogę do Biłgoraja z mapami odbyłem bez przeszkód. Trochę kręcono nad nimi nosem, że przestarzałe, ale ostatecznie uznano, że na bezrybiu i rak ryba. Podrażniło to jednak moją ambicję.

Traf chciał, że w willi, gdzie mieszkała moja matka w Międzylesiu, na linii Warszawa - Otwock, na parterze lokatorem był niejaki p. Jaroszewski, kierownik działu muzycznego w największe) wtedy księgarni i firmie wydawniczej Gebethnera i Wolfa przy ul. Sienkiewicza pozostającej pod zarządem niemieckim, choć pozostał dawny personel. Gdy poskarżyłem się na swój zły los, z miejsca spytał, jakich mi potrzeba odcinków map i w ilu egzemplarzach. Obiecał, że za kilka dni będę mógł śle zgłosić do księgami po odbiór. Tak się też stało. A jak to było możliwe? Otóż Niemcy likwidując w Warszawie Główną Księgarnię Wojskową zmagazynowali posiadany przez nią zapas map w- firmie , której pracownikiem był mój rozmówca. Klucze od pomieszczenia, gdzie się znajdowały, miał wprawdzie zarządzający Niemiec, ale dwaj koledzy Jaroszewskłego w pracy Jan Wyderko i Eugeniusz Machalski postarali się o dorobienie drugich kluczy. Magazyn był dla nich dostępny.

Sprawę transportu map do Józefowa Biłgorajskiego załatwiłem w ten sposób, że zwijałem mapy w niewielkie rulony. Wagony były starego typu. Wykorzystywałem przestrzeń między ich podwójnymi ścianami, gdyż u dołu znajdowały się klapka dająca się otworzyć. Wykorzystywałem do tego ustęp, aby się nie zdradzić przed pasażerami.

O krok jednak raz byłem od utraty jednaj partii. Oto w Dęblinie zarządzono opróżnienie wagonu z pasażerów, w którym jechałem z mapami. Wykorzystując dłuższy postój, bodajże w Puławach, zwróciłem się do konduktora, aby otworzył drzwi przedziału, który opuściłem, bo przez pośpiech zapomniałem jednego drobiazgu. Konduktor, widać nie w ciemię bity, odpowiedział: - Ja nie chcę wiedzieć, co pan wiózł i drzwi otworzę. Mapy były uratowane.

Zdobyte pięciobarwne arkusze map 1:100000 w ilościach kilkudziesięciu egzemplarzy pokrywały się z terenami niemal całej Zamojszczyzny, tym były cenniejsze, że należały do ostatniej przed wojną edycji Wojskowego Instytutu Geograficznego. Zaspokoiły potrzeby nie tylko komendy obwodu biłgorajskiego, ale i inspektoratu zamojskiego AK. Ich dostawcy działali zupełnie bezinteresownie.

Należało zdobyć jeszcze kompasy, bo tych w terenie nikt mi nie pokazywał. Okazało się, że w tej sprawie na pomoc na terenie Warszawy liczyć nie można. Rozpocząłem poszukiwania na własną rękę obserwując witryny sklepów optycznych, bo tam na nie liczyłem. I nie zawiodłem się. Na wystawie sklepu optycznego niejakiego pana Kruka, przy Nowym Świecie, ujrzałem lezący kompas chociaż tylko najprostszej konstrukcji. Dłuższe wahanie! Mógł być przecież wystawiony na wabia i stanę się klientem nie tylko pana Kruka, ale i gestapo. Chęć przemożna zdobycia przeważyła. Przekroczyłem próg sklepu. Nabyłem nie tylko wystawiony egzemplarz, ale i trzy dalsze będące w zapasie. Ośmielony oświadczyłem, że reflektuję na większą ilość i wymieniłem trzydzieści sztuk. Okazało się, że jest to w granicach możliwości, ale trzeba będzie zaczekać na dostawę kilka dni, bo towar pochodzić będzie z żydowskiego getta. Ingerencja gestapo w życie handlowe stolicy nie sięgała widać tak daleko, aby ogołocić rynek całkowicie z artykułów mogących służyć celom wojskowym.

Kompasy były zapakowane w kartonowe pudełeczka. Postanowiłem je przewieźć w większej partii leków zakupionych dla Delegatury Poi. Komitetu Opiekuńczego w Józefowie Biłgorąjskim. Część z nich była podobnie zapakowana. Wracałem dziennym pociągiem. Najgorszego spodziewałem się w Dęblinie nazywanego przez handlujących "Czyśćcem". Byłem sam w przedziale. Tymczasem ku memu przerażeniu, raptem, w biegu pociągu otworzyły się drzwi i jednocześnie z dwóch stron weszli dwaj żandarmi. Standardowe pytanie, co wiozę. Odpowiedziałem, że lekarstwa. Kazano mi paczkę rozpakować. Sięgnęli po kilka pudełeczek, na szczęście na kompasy nie trafili. Byli widać dobrze poinstruowani, bo zażądali jeszcze okazania rachunku zakupu. Leki pochodziły z nielegalnego źródła, rachunek był bez pieczęci. Dlaczego? Wyjaśniłem, że wiozę tylko leki najpilniej potrzebne, większość z rachunkiem jest wysiana pocztą z oryginałem rachunku. Żandarmom na szczęście to wystarczyło.

Wspominając tutaj, już przeszło po pół wieku, ludzi i wydarzenia związane z zaopatrzeniem nie tylko obw. biłgorąjskiego, AK, ale l szerszego terenu w mapy i kompasy, pamiętać należy, że z konspiracją łączyły się nie tyko "Czyny sławne i waleczne", ale także "ciche, użyteczne" pożyczając tych słów od Mickiewicza.

P.S. Z wymienionych wyżej osób Już po 1950 r. spotkałem jedynie p. Jaroszewskiego. Był kierownikiem księgarni muzycznej "Domu Książki" we Wrocławiu.

Tadeusz Gumiński

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: