Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 2/1996
Zjawa w Puszczy Solskiej
Kiedy wuj wsłuchiwał się w słowa legendy zapisanej piórem pracowitego franciszkanina,* nagle rzeki:

- Słyszałem w młodości tę historię o dzwonach. Gdzieś w pamięci zagrzebane, dzisiaj znowu, chociaż cichutko, ale jeszcze dzwonią.

Cisza w sosnowym borze układała się widmami promyków słońca. Świetlane, tęczowe mlecze wstającego dnia powycinane iglanymi szpilkami i dębowymi liśćmi delikatnie układały się na trawach rozległej polany. Wczesne ptaki w pajęczynach okropionych rosą rozbijały swoje trele. Polana jak tygiel trawiastej zieloności, wykrojona szemrzącym strumykiem, tuliła się nocnym skwarem dnia, srebrzystością poranka i cleniem wyczekiwała odejścia rzadkich mgiełek.

Dwóch pastuchów, których ledwie było widać spod trawiastych kobierców, przeciągało w bialutkim dymie ogniska. Bór jak codzień zrzucał z siebie, brykającymi zającami, pędzącymi samami, rogami jelenia, brzemię nocy.

Pastuszkowie przebudzili się.

Sprawdzali jeszcze zaspanymi oczyma liczebność małego stadka. Ich pies zaczął swoją wędrówkę wokół polanki, sprawdzając ślady nocnych eskapad wystraszonych światłem ogniska drapieżników. Wszystko tchnęło spokojem. Zaspana fujareczka jednago z chłopaków raźnie dotrzymywała kroku ptaszym koncertom.

Puszczane ostępy przyrodnymi dźwiękami powtarzały odwieczną symfonię łamanych gałązek, trzepotu ptactwa, nagłych furkotów, przerażenia i ciszy. W polanowej zieloności zdało się nagle słyszeć jakieś obce dźwięki. Ich słodycz brzmienia usłyszał najpierw wiejski flecista, kiedy dziwne tony dostrajały się do nutek fujareczkl. Przerwał swoją pleśń i zaczął nasłuchiwać.

- Co to może być? Skąd dochodzi ten dźwięk? - pytał wystraszony swego towarzysza.

Podnieśli się szybko z legowiska i ruszyli na skrą) lasu, skąd dwa tajemnicze tony wolały jakby do nich: "Idź tu, idź tu..."

Chłopcy biegli. Ich wystraszone twarze z natchnieniem lgnęły do tajemniczej muzyki. Dotarli do ogromnego dębu. Jego prastare konary były Jednak puste. Niczego nie dostrzegli. Jednak muzyka miała tutaj swoje źródło. "Idź tu, idź tu." było wyraźnie słychać. Chłopcy biegali, przystawali, nasłuchiwali, i ten pierwszy, muzyk od fujereczki, przystanął. Oczarowany widokiem aż potknął się l upadł.
Obok, na wspaniałej, starej sośnie, na je) potężnej gałęzi, w tajemniczy sposób poruszały się dwa złote dzwony. Blask ich bil w oczy. Roztapiały zieloność l brązy i wyraźnie już głośno wołały: "Idź tu, idź tu, idź tu... Chłopcy zupełnie stracili pewność siebie. Sprytne pastuchy, omotane dźwiękiem złotych, nieziemskich stworów nie mogły wydobyć z siebie słowa. Oniemieli wpatrzeni w jasność, wtopieni w muzykę zamarli. Po dobrej chwili jeden z nich ocknął się. Zdążył tylko krzyknąć:
- Lecę do wsi, do dworu!
Ten, który został, zupełnie poddał się cudowności chwili. Oniemiały nieziemskością wydarzenia, w uniesieniu wsłuchiwał się w te dwa tony. Chciał objąć drzewo, utulić go. Kiedy bliżej podszedł do pnia sosnowego, oblała go tajemnicza słodycz l omdlały wpadł w półsenny letarg... A dzwony dalej pisały nutkami piosenkę:
"Idź tu, idź tu, idź tu..."
Na polanę zaczęli wysypywać się ludziska. Zawiadomieni przez pędzącego parobka, porzucali gospodarskie zajęcia i z niedowierzaniem kroczyli na wskazane miejsce. Kiedy tak kroczyli i biegli. Im bliżej polany, słyszeli dziwną melodię. Dzwony żyły swym nieziemskim rytmem. Stały się wyraźnym drogowskazem dla gawiedzi. Wszyscy, na czele z właścicielem dworu, stawili się na miejsce. Polana zaroiła się od ludzi. Oniemieli wpatrywali się w nieziemskie zjawisko. Podniesiono omdlałego chłopa, ocucono go, i kiedy ten klęknął przed drzewem, cała gromada runęła na ziemię.
Dzwony jeszcze chwilę wykonywały swój tajemny koncert, aż nagle pierzchły oblane obłokiem. Zamarła cisza otworzyła usta zebranym. Ciżba czekała. Leśne kwiatki odwróciły swe korony i płatki w stronę sosny. Ptaki nie śmiały usiąść na jej gałęziach. Dziki, samy, niedźwiedzie przystanęły na skraju puszczy, w drugich rzędach czekały na ciąg dalszy.

Nagle głuche westchnienie obiegło niemą polanę. Nad strumykiem, pod sosną ukazała się postać kobiety. Jej stroje proste w bieli i błękicie osiadły nisko nad wodą. Piękna twarz z uśmiechem troskliwym wpatrywała ślę w zgromadzonych. Lud patrzył. W modlitewnym geście otaczał wzrokiem tę postać kobiecą. Jej ufne spojrzenie zniewoliło wszystkich. Nikt nie śmiał drgnąć. Jej usta w pewnej chwili zaczęły się poruszać. Glos jednak nie trafił do uszu gawiedzi. Tylko mały grajek, który pierwszy usłyszał dzwony, poruszył się nerwowo i na kolanach sunął do Cudownej Pani. Ona mówiła. Chłopiec wsłuchiwał się w każdy dźwięk. Nie trwało to długo. Postać poczęła się rozmazywać przed oczami zebranych. Jej troska wymalowana na obliczu roztapiała się wolno w pamięci dzieci, kobiet, chłopów. Odchodziła w zaświaty. Jej wybraniec, rozmówca, tkwił na miejscu, cudownie blady z zamkniętymi oczyma, klęczał.

Ludzie zrozumieli, że to koniec cudownego spotkania. Zaczęli wstawać z kolan l obstąpili wybrańca. Kolejne pytania sypały się na głowę chłopca. Ten milczał. Dopiero kiedy podszedł doń właściciel dworu, rzekł:

- Mówiła, zęby się modlić, żeby pościć, żeby żałować za grzechy... Urwał i zemdlał.

Polanka, na której wszyscy byli świadkami cudownego zdarzenia, stała się ruchliwym miejscem. Ludzie często, w oczekiwaniu na powtórne cuda, przybywali w te puszczańskie ostępy. Chłopiec, który rozmawiał z Tajemniczą Panią, uważany był w wiosce za kogoś świętego.

Pewnego dnia przyjechał do dworu z odległego Lublina ksiądz i długo rozprawiał z chłopakiem. Po tej rozmowie rozgłoszono, że w Puszczy Solskiej objawiła się św. Maria Magdalena. Wieść dotarła do włodarza puszczy, kanclerza Jana Zamoyskiego, który kazał w miejscu cudu wznieść kaplicę, upamiętniającą cudowne nawiedzenie. Stanął później w tym miejscu wspaniały franciszkański klasztor opiekujący się tajemnicą miejsca słynącego, za sprawą Marli Magdaleny, licznymi uzdrowieniami płynącymi ze źródła, nad którym wybudowano kaplicę.

Andrzej Czacharowski

•) O. Cezar Czesław Baran franciszkanin: Klasztor i kościół oo. franciszkanów w Puszczy Solskiej:
Warszawa 1967 Archiwum Franciszkańskie
(powyższy tekst jest scenariuszem audycji telewizyjnej, której celem jest ukazanie historii Puszczy Solskiej)

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: