Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 3/1995
Marcowe przygody
Tak więc życzliwa postawa klasy, oraz życzliwość kolegi napawała mnie radością, przygłuszała i zakrywała moje ubóstwo i nędzę w domu. To dawało mi nadzieję na wytrwanie. Choć sąsiedzi z politowaniem spoglądali na mnie, gdy szedłem do szkoły, mówiąc: szkoda jego wysiłków. Choć jest uparty i nie da się przekonać, ale i tak mu to nic nie pomoże, chyba że stanie się jaki cud. No i stał się. W połowie zimy, w lutym 1949 r. otrzymałem paczkę z U.S.A. od ciotki, w niej spodnie, ciepłą jesionkę, sweter i rękawiczki. Dla mnie był to naprawdę cud. Od tej chwili zima już przestała być dla mnie groźna. W zimnej klasie, z braku opału, na lekcjach nie musiałem siedzieć tylko w koszuli i starej marynarce. Teraz dla mnie powstał inny świat. Większa pewność, większa śmiałość, większa chęć do nauki i do rozrywek.

Właśnie zbliżała się wiosna, początek marca, który koło młyna dawał wiele atrakcji. Kiedy robiło się cieplej, słońce coraz bardziej topiło śnieg, a przez to poziom wody w rzece podnosił się, lody pękały i powoli posuwały się w dół rzeki. ku dwóm mostom obok młyna, grożąc ich zerwaniem. Siła wielkiej masy wody wraz z taflami lodu, mogła w każdej chwili porwać z sobą te mosty. Jedynym ratunkiem było kruszenie lodu bosakami i spuszczanie przez śluzę w dół rzeki. Różne wiry, trzaski lodu i huk wody spadającej ze stawu na śluzę robił niesamowite wrażenie. Te kry i masa wody były tak wielkie, że tylko część wody mogła spływać do koryta rzeki, reszta rozlewała się na prawo i na lewo krążąc wkoło pod śluzą.

Tu była okazja dla śmiałków, by skoczyć na którąś krę i pływać na niej pod śluzą. Niektóre kry podpływały pod śluzę, gdzie tworzyły się bałwany. Biada temu, kto z takiej kry nie zdążył przeskoczyć na inną, wtedy dzielił los kry, na której płynął i porywany przez wodę walczyć musiał o życie, jeśli miał siłę i umiał dobrze pływać.

Właśnie starszego kolegę to spotkało. Nie zdążył uciec na inną krę i bałwany zmyły go z kry, a silny prąd wody unosił go Jak pitkę. Chciał się wydostać na jakąś krę ale to było niemożliwe. Wszyscy świadkowie na brzegu oniemieli. O pomocy nie było mowy. Jedyna nadzieja to wyrwanie się biedaka na boczny prąd, dzięki któremu może zbliżyć do brzegu i wtedy można myśleć o jakiejś pomocy. Ktoś przyniósł powróz, by podrzucić płynącemu, ale okazał się za krótki. Przyniesiono drugi, związano i znów czekano aż biedaka podrzuci prąd wody bliżej brzegu. Jeśli jednak prąd pociągnie go pod samą śluzę i porwą go bałwany to będzie z nim koniec. Miał jednak szczęście. Jeszcze raz zdołał dostać się na boczny prąd. i kiedy był najbliżej brzegu, jeden ze starszych, o mocnych rękach, rzucił pętlę powrozu tuż przed tonącym. Wszyscy zaparli dech w piersiach, chwyci czy nie zdąży. Na szczęście schwytał resztkami sił rzucony powróz i w ten sposób powoli przyciągnięto go do brzegu. Prawie, że go zanieśli do sąsiada, taki był osłabiony. Tego dnia do wieczora kry same pływały.

Kiedy jednak kry spłynęły, rzeka była wolna od lodów, jej poziom był nadal wielki, wtedy w szkole kolega Edek pochwalił się, że może zdobyć dwa kajaki i popływać bez wysiłku niesiony prądem wody. Zaraz po lekcjach udaliśmy się do niego po te kajaki. Pływanie bez wiosłowania z prądem rzeki obiecywało dużą atrakcję. Plan był taki: ja z Józkiem miałem płynąć na jednym a Edek z Heńktem na drugim. Parę okrążeń pod śluzą, a potem spływ wzdłuż rzeki, aż pod cmentarz puszczański. Za szpitalem mieszkał Józek i u niego mieliśmy zostawić kajaki, i zakończyć spływ.
Na rzece wiry, wystające krzewy z wody. olszyny zalane wodą do dwóch metrów, stwarzały sytuacje ciągle niebezpieczne. W każdej chwili kajak mógł się przewrócić do góry dnem. Nie wiadomo, co by się wtedy z nami stało. Choć każdy z nas umiał pływać, to jednak silne prądy, wiry i lodowata woda mogły zrobić przykrą a nawet tragiczną niespodziankę. Ale wtedy nikt o tym nie myślał. Minęliśmy duży zakręt, zwany "Dołkiem Pińciurkowym", który w lecie był dobry dla wszystkich do kąpania, a w zimie do jeżdżenia na lodzie. Teraz zaś był niebezpieczny dla kajaków i dla nas też. Po szczęśliwym przepłynięciu zbliżamy się do następnego zakrętu naprzeciwko szpitala. Później już prosta i łatwa droga do mostu i koniec naszego rejsu, i naszych atrakcji. My z Józkiem płyniemy pierwsi i raz po raz oglądamy się za nimi, by ich samych nie zostawić w razie nieszczęścia. Minęliśmy zakręt i z ulgą widzimy prostą drogę wodną. Jeszcze raz się oglądamy dla pewności. i, o zgrozo, Edka nie widzę! Józek, mówię zobacz, czy ich widzisz bo ja nie. On też nie widzi, trzeba zawracać, ale pod prąd jest niemożliwe. Płyniemy pod brzeg, wyciągamy kajak i biegniemy sprawdzić, co się z nimi dzieje. Po kilku krokach stanęliśmy przerażeni. Kajak płynie, ale jest przewrócony do góry , dnem. Pasażerów nie widać. Na moment byliśmy sparaliżowani. Najczarniejsze myśli cisnęły się nam do głowy. Jeszcze parę kroków naprzód i zza olszyny ujrzeliśmy głowę Edka i jego kolegi, i chcieli dopłynąć do brzegu, ale silny prąd im na tę operację nie pozwalał. Józek pobiegł po wiosło, by podać biedakom. W tym czasie Heńkowi udało się podpłynąć pod brzeg, a Józek z włosiem biegnie, mierzy i stwierdza, że nie dostanie. Trzeba wchodzić w wodę, a brzeg byt stopniowo bardziej stromy. By i jego prąd nie porwał i złapaliśmy go za jedną rękę, a drugą trzymał wiosło i czekał na zbliżającego się Edka. który w odpowiednim czasie schwytał wiosło i w ten sposób wyrwaliśmy go z prądu rzeki.

Gdy wyszedł z wody strugi spływały z niego i z Heńka jak z bielizny wyciągniętej z wanny. Nastąpiła szybka decyzja: ja z Józkiem biegniemy, by złapać i wyciągnąć kajak, a oni szybko mają biec do swoich domów. Po tym fakcie zastanawiałem się czy była to lekkomyślność z naszej strony, czy chęć popisu, czy może szukanie przygód. Zawsze dochodziłem do wniosku, że młody człowiek potrzebuje, szare dni urozmaicić jakimiś większymi atrakcjami dającymi jakieś większe przeżycia. To daje mu zadowolenie, które tkwi w każdym młodym człowieku. Niektórzy szczególnie to odczuwają. Dzięki takim ludziom są odkrycia, wynalazki li postęp w życiu codziennym.

A my, jaki mieliśmy efekt naszych przygód? Z większą cierpliwością i spokojem braliśmy udział w lekcjach, a w domu gorliwiej odrabialiśmy zadania. A przecież to też miało swoje znaczenie na plus.

Ks. Kazimierz Pińciurek

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: