Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 3/1996
Książę z torfowiska
Pierwsze wiosenne słońce oblewało rozległe moczary. To puszczańskie serce wszelkiego leśnego stworzenia obwarowane trzęsawiskami głośno budziło się do życia. Zima ustąpiła zupełnie i wszechobecne mchy ścieliły przestrzeń wszystkimi odcieniami zieleni. W jaśniutkich seledynach, w posępnych zieleniach utkały zdradliwy dywan aż po pnie sosen i pojedynczych olch.

Mokradła owiewała jeszcze nocna mgiełka, jak rozesłany pokrowiec, który rozgrzany błękit nieba miał niebawem unieść niewidzialną ręką.

Ptaki szalały w swoich trelach. Niewidzialne pajęczynki ich lotów osnuwały przestrzeń, i tylko oczka rozrzuconych dokoła jeziorek mogły dostrzec lekkie ruchy powietrznej braci.

Leśne dźwięki pędzelkami młodych sosenek malowały obraz niedostępny oczom największych śmiałków. Nagle, jak w rozdzieranym płótnie, w jego ramach dał się słyszeć odległy trzask. Jeden, drugi, trzeci targnął przestrzeń owadzich lotów. Pojedyncze głosy rosły w tętent. Coś zbliżało się do granic torfowych czeluści. Łamanie gałęzi, dziwne, urywane chrapanie rozlegało się coraz głośniej. Tumult leśny nagle ucichł i przy granicznych sosenkach stanął ogromny jeleń. Otrząsnął poroże z połamanych gałęzi i w przerażeniu patrzył na płaszczyznę zielonej tafli. W tej właśnie chwili pojawiły się wilki. Z gęstwiny jagodzisk i jeżyn wypełzły z prawej i lewej strony daniela. Poczęły skradać się do umęczonego zwierza, który co chwila potrząsał swoim bogatym porożem, jak książę swoją koroną. Wilki z pianą w pyskach podkradały się do rannego. Wyczuły krew poranionego i pewne swej ofiary gotowały się do ostatniego ciosu.

Jeleń zamarł. jego smutne oczy patrzyły na zbliżającą się watachę. Wyprężył szyję, z dumą zmierzył oczyma najbliższego wroga i z lekkością i elegancją ogromnym susem wskoczył na mokry dywan. Pierwsze skoki nie zapowiadały jeszcze niechybnej tragedii. Wilki zwiedzione powodzeniem ucieczki księcia ruszyły za nim. To jednak one pierwsze zaczęły osuwać się w bagnisko. Jednemu z nich widać było już tylko przerażony pysk. Inne ewakuowały się szybko i zadziwione, i wściekle pomrukując wrogo, przystanęły zadyszane wpatrując się w lekkość biegu jelenia. On pędził przez moczary. Wydawało się, że nic go nie powstrzyma i za chwilę zniknie z widnokręgu. Zbliżał się do jednego z jeziorek i... przystanął. Była to decydująca chwila. Szaleńcza ucieczka. Jej powodzenie zmyliło zwierzę. Zaufał szybkości i zapomniał o podstępie gąbczastej przestrzeni. Chociaż zatrzymał się na chwilę, rozważyć kierunek ucieczki, jednak zapomniał o zdradliwości miejsca. Natychmiast zaczął tylnymi nogami obsuwać się w głąb. W pierwszym przerażeniu wyrwał swe ciało silnym rzutem w trzęsawiska. Próbował znowu szybkości. Nic to nie dało. Nogi zalewała już brunatna woda torfowiska. Spłoszone żaby czmychały w popłochu. Książe zapadał się. Szarpał ciałem, potrząsał koroną. Błyszczące brązy jego sierści w pęcherzykach zielonkawej wody topiły swoje

Wszystko w lesie patrzyło na księcia. Cisza wypełniła mokrą arenę bagna. Zwierzę z każdą chwilą osuwało się w czeluść. Torfy, Jak żarłoczne rosiczki pożerały swoją ofiarę.
Co myślał książę, dumny i silny byk z wyprężoną szyją chyba po raz pierwszy uczuł strach. Nie dawał po sobie poznać tego wstydliwego uczucia. Zamarł. Rogowa korona świadczyła Już tylko o wielkości. Wtem do straceńca zaczęła zbliżać się bezszelestnie zielona eminencja bagniska żmija.

Nie wystraszyła swym zygzakowatym tańcem jelenia. Raczej zobaczył w niej ostatnią szansę. Nie chciał jednak upokorzony tkwić w więzieniu bagna. Nie wiedział, jak długo przyjdzie mu czekać na spełnienie wyroku torfowych odchłani. Zwrócił swą koronę w stronę żmii i proszącymi oczyma oczekiwał ratunku. Bagienna królewna zrozumiała gest jelenia. On żegnał się z życiem. Zegnał się z lasem, swoimi sosnami, radością bagien, dumą niepokonanego. Odprowadzał po raz ostatni zieloność odbijającą się ku błękitowi, ku słońcu. Głośno ryknął. Głos rozdarł puszczę. Jego moc przeraziła nawet oczekujące na brzegu wilki. Pierzchły wszystkie przerażone. Ten ostatni gest księcia był znakiem dla żmii. Podpełzła bliżej jelenia i złożyła śmiertelny pocałunek na jego szyi. Korona zadrżała i osunęła się na miękką muchową poduszkę. Książe skonał. Życie puszczańskie wstrzymane oczekiwaniem na to, co ma się wydarzyć, wlewało się powoli po tej tragedii do boru. Zwierzęta ocknęły się. Były świadome wielkiej śmierci. Jego wielkość wypełniała ich serca. Współczuły księciu żałowały go. jednak życie czekało. Wołało swoją tajemniczą siłą do lotu, biegu, krzątaniny, do bieli, zieleni, brązów.

Śmierć dokończyła swego dzieła. Na bezkresie torfowiska, wśród ziół i mchów, jak na ogromnej poduszce leżały jelenie rogi. Dzień chylił się do brzegów swoich nocnych granic, a one cały czas spoczywały na miejscu tragedii. Nastała noc. Nikły powoli oczom gawiedzi leśnej. I wydawało się, że mrok otuli je swym odwiecznym prawem czerni i szarości. Tak się jednak nie stało. W pewnej chwili bagnisko wypełniło się dziwną poświatą. Wśród czerni atramentowej nocy srebrnym światłem ukazały się leśnym ostępom rogi księcia. Misternie inkaustowane brylantami rosy, wykute ręką najwspanialszego złotnika, ukazał piękno moczarom. Jakby na przekór gąbczastej otchłani królowały na mchowych dywanach.

Noc ustępowała. Kiedy mgły opadły, słońce nie ukazało już rogów jelenia. Znikła. Nikt już jej za dnia nie widział. Jednak rogowa korona nie zamknęła na zawsze. Pojawia się czasem nocą odważnym śmiałkom, którzy chcą ją zobaczyć. Tylko piękni, silni i nieustraszeni to najwspanialsze poroże, jakie widziała Puszcza Solska.

A. Czacharowski

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: