Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 3/1996
Planty
Styczniowy poranek przyniósł wschodni wiatr, zimny i wiejący dużymi płatami śniegu. Spieszyłem się jak zwykle do redakcji, więc szedłem drogą najkrótszą, a zarazem najprzyjemniejszą dla moich oczu. Aleją parku za budynkiem urzędu miasta biegnącą ukosem przez cały Plac Wolności. W zimie, właśnie tamtędy Jest przyjemnie przejść, pospacerować. Tu drzewa, których gałęzie pokryte śniegiem i pęki krzewów z białymi czapami malują uroki zimy.

Relaksują. Przez chwilę można zapomnieć o obowiązkach, kłopotach, planach i Bóg wie czym jeszcze, co zaprząta głowę każdemu na tym doczesnym świecie. Pochyliłem głowę, bo śnieg padał ml na twarz i idę tymi biłgorajskimi plantami. Tak sobie nazwałem to miejsce, bo przecież tędy przechadzają się starsze panie z pieskami, tędy prowadzą się w objęciach zakochane pary, tu zatrzymują się panowie w różnym wieku w chwili politycznego sporu. Tu też przysiadają dżentelmeni o sinych nosach racząc się tanim winem. Tędy też przemykają się podejrzliwe żony lub zazdrośni mężowie. Któż wreszcie tu nie przychodzi ? Tak jest w lecie, ale w zimie Planty też żyją własnym życiem, nie skąpiąc swej urody nikomu. Właściwie to są bardzo podobne do tych krakowskich czy wrocławskich, bo przecież chodzą tam tacy sami malowniczy ludzie, są tam wśród też malowniczych drzew, krzewów, zwałów śniegu. Ho! Ho! Rozkleiłem się! Jeszcze chwila a przekonałbym sam siebie, że ten kawałek Biłgoraja to Jak Paryż na obrazach Cezanne'a czy Reniora. Ale nie, zimny śnieg na twarzy orzeźwia, a planty prawie puste.

A Jednak nie. Od strony przystanku autobusowego zmierza w stronę alejki dziwny osobnik. Z wieku raczej starszy, niski, w rozpiętej kurtce a nawet koszuli, zdający się nie zważać na takie błahostki jak padający mu na łysinę śnieg, jak wdzierający się pod koszulę wiatr. Gdyby nie ruchy rąk zataczających różne kręgi i nóg rozbiegających się na boki, rzec by można - chodzący nasz sarmacki desperat, po pochłonięciu co najmniej półtorej flaszki na głowę. Osobnik z trudem wszedłszy na alejkę, zatrzymał się na środku, zatoczył głową koło i... ruszył w moją stronę. Po paru krokach stanął. Nieuchronnie zbliżałem się do nieznajomego. Ten na mój widok wyprostował się, rozstawił nogi, uniósł rękę i wskazując na mnie Jednym palcem wyrzucił z siebie po chwili.
- Burżuj ! O...o.... paatrzcie ! Burżuj -powtórzył piskliwym głosem. Stanąłem jak wryty! Jegomość przypominał dokładnie pomnikową postać wodza rewolucji październikowej. "Pomnik" ani drgnął, no może trochę ręka. Ja stałem osłupiały. Co robić ?
W tej chwili usłyszałem z lewej strony skrzypiący. Jak stare drzwi głos:
- No! Dalej, daj mu w mordę! - Przecież cię publicznie wyzywa! Istotnie - pomyślałem - Co ten tu mnie będzie obrażał! Poczułem Jak duch walki wypełnia moją wolę. Przyjąłem nawet dogodną do zamachu postawę, kiedy... do prawego ucha wpłynął mi niczym balsam ciepły anielski głos:
- Ani się waż! Uderzyć człowieka, tak sobie? To przecież grzech!
- Jaki to człowiek! - skrzypiało ml w lewym uchu - Pijane bydle i już! Zdziel go wreszcie, niech popamięta! Więcej nikogo nie zaczepi! No! Bądź mężczyzną!
- Broń cię Panie Boże! Brzydź się przemocą! Najpierw pomyśl, może on ma rację? - słyszałem w prawym uchu.
- Jak to ma rację? - obruszyłem się.
- Po prostu może dostrzegł w tobie burżuja. Zajrzyj w swoją duszę. Jaki jesteś? - ciągnął anielski glos.
- Ja... burżujem? Do diabła mój aniele! Chyba sobie ze mnie kpisz.
- Właśnie! - dobiegło mnie z lewej strony. Nie zważając na to kontynuowałem
- Czyja wyglądam na burżuja, w starym dwa razy sklejanym skafandrze, wytartych prawie do dziur dżinsach, siedmioletnich butach l do tego z dziurawą torbą z .której wylatują długopisy?
- Nie udawaj dziada! - szeptał anioł -Prawdę mówiąc to twoja babka miała restaurację. No, no, coś tam w tobie z burżuja zostało.
- Przestań słuchać co ta prawica ci bredzi - skrzeczał diabeł - Kto z socjalizmu wyszedł burżujem? Ty? Facet clę ośmiesza, a ty słuchasz Jeszcze tego z prawej. Mówię cl, daj draniowi w mordę, miej honor!
- Nie! Nie poniżaj się do poziomu tego nieszczęśnika. Przecież on nie wie co mówi. Idź swoją drogą - szeptało ml w prawym uchu.
- Jak mogę iść swoją drogą, kiedy ten "wódz" stanął ml na drodze? -zapytałem. Cisza. Nikogo z prawej, nikogo z lewej. Poczułem w sobie trzeźwość umysłu, ale "wódz" tkwił na swoim miejscu. Zdobyłem się na odwagę:
- Panie, idź pan się wyspać! -powiedziałem i ustąpiłem z drogi. Mój adwersarz zatoczył głową okrąg, przewrócił ślepiami i ruszył zataczając się przed siebie.
- Jakie to piękne, wznieść się ponad podziały - pomyślałem.
Przecież i tak każdy chodzi własną drogą, ja wybrałem planty, choć bywa tam ślisko.

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: