Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 5/1995
Mała matura
Przyjęcie do klasy przyspieszonej i pożegnanie normalnej klasy drugiej by)o dla mnie wielkim przeżyciem. Tyle lat marzyłem aby być uczniem gimnazjalnym i oto teraz nie tylko zdałem do klasy III ale mam szansę w ciągu roku przerobić dwie klasy i jeśli dobrze pójdzie przy końcu roku będzie Mała Matura w kieszeni. Aż nie chce się wierzyć, że to jest możliwe, że marzenia z lat młodszych nabrały realnych kształtów.

Część klasy przed MaturąMyślą biegłem do czasów przedwojennych sprzed 1939 r., kiedy na stawie przy młynie, zwłaszcza w niedzielę, chłopcy z gimnazjum przychodzili, czy przyjeżdżali rowerami, zwłaszcza bogatsi z ul. Kościuszki, głównej ulicy miasta, aby się wykąpać, czy popływać kajakami. Widząc ich elegancko ubranych, aż mi się serce ściskało z zazdrości i żalu, że dla mnie droga do gimnazjum jest zamknięta, bo jak mówili starsi: tam tylko mogą uczęszczać chłopcy z wyższych, bogatych sfer społecznych. Dla takich jak ja, chłopaka z ulicy, biedaka, miejsca w tej uczelni nie ma. I to była dla mnie może największa tragedia, że nawet marzyć nie można, aby się znaleźć w takiej uczelni.
Tymczasem stało się inaczej. Nie tylko mogę marzyć, ale mogę przeżywać dni pełne radości, zwłaszcza, że dostałem się do klasy przyśpieszonej. Nic dziwnego, że każda lekcja była z uwagą nie tylko słuchana ale możliwie najwięcej wykorzystywana przez aktywny udział. Sama klasa przyśpieszona była bardziej poważna, bardziej spokojna. Wielu uczniów puszczało dymek, do czego i mnie starali się wciągnąć. Musiałem się bardzo bronić, by im nie ulec. Z jednej strony nie chciałem się od nich odseparowywać, a z drugiej strony robiłem wszystko, by nie poddać się ich namowom. Szukałem, wymyślałem różne wymówki: a to że mam jeszcze coś powtórzyć, a to że koleżanka chciała, by jej pomóc w łacinie, czy francuskim lub z matematyki. Nie było to łatwo, ale dzięki cierpliwości i uporowi nie poddawałem się ich namowom. Robiłem wszystko aby się nie dać wciągnąć do palenia papierosów, bo nie widziałem w tym żadnego sensu ani żadnej potrzeby. Już raz w pierwszych tygodniach po odejściu okupanta, czując swobodę i przeżywając atmosferę wolności jako szesnastoletni chłopcy chcieliśmy być, z kolegami z ulicy ważni i dorośli, a dowodem tego miało być, według opinii innych, palenie papierosów. Nie mając pieniędzy zbieraliśmy niedopałki na ulicy, a raczej po bokach chodnika, jako że kulturalny mieszczuch nie rzucał niedopałków papierosów na chodnik tylko po jego bokach. Otóż z tych niedopałków, a jak ich brakowało to z suchych liści kapusty, albo naci kartofli i gazety kręciliśmy papierosy. Były one niesamowicie gryzące, a raczej piekące. To jednak nie miało znaczenia, bo jak mówili starsi:
gdy się wejdzie między wrony, trzeba krakać jak i one. No i tego powiedzenia staraliśmy się trzymać. Jednak po jakimś czasie spostrzegłem, że to jest jedna, wielka głupota i naiwność. Powoli zacząłem się z tej "przyjemności" wycofywać. Z trudem to się odbywało, bo nie chciałem całkiem zrywać ż kolegami, zwłaszcza z ulicy, ale cel powoli osiągałem.

l właśnie teraz, kiedy historia się powtarza, kiedy wielu puszcza dymek, musiałem zdobywać się na odwagę i cierpliwość, by nie ulec takiej głupocie. Tym bardziej, że było moc materiału do przerobienia, ciągle moc różnych zadań do opracowania lub rozwiązania, albo nauczenia. W tym zmaganiu był jeden pożytek, z większą chęcią starałem się innym pomagać w odrabianiu lekcji. Dzięki temu zdołałem zachować więź z innymi z jednej strony, a z drugiej strony być sobą.
Czas szybko uciekał w nawale pracy. Miesiąc za miesiącem zbliżał nas do egzaminów maturalnych. To wszystko nas jednoczyło i pobudzało do większych wysiłków, by podołać zadaniom jakie nas czekały. Według obserwacji i wyczucia miałem nadzieję na pomyślny wynik egzaminów. Ten fakt jednak jeszcze bardziej zachęcał i pobudzał mnie do wysiłków, by zamierzony i upragniony cel osiągnąć i dotrzymać przyrzeczenia, jakie dyrektorowi złożyłem.

Wreszcie coraz większe napięcie psychiczne im bliżej egzaminów. Pamiętam dwa dni przed egzaminem, wieczorem wziąłem do ręki zeszyt z historii, by przejrzeć daty, niektóre fakty, problemy i zagadnienia. Ledwie co zacząłem, przychodzi milicjant prosząc o pomoc w matematyce, tłumacząc się, że naprawdę miał tyle zajęć służbowych, że wcześniej nie mógł się przygotować, a chciał razem z nami zdawać egzamin. Już miałem odmówić, ale w mgnieniu oka przypomniałem sobie kolegę, który okazał mi tyle serdeczności za pomoc w łacinie i to postanowienie, że zawsze będę starał się w razie potrzeby i możliwości pomagać innym, że bez szemrania na to się zgodziłem.

Jaki to był męczący wieczór, ale jednocześnie świadomość, że niosę pomoc w potrzebie, dawała mi jakieś zadowolenie i uspokojenie, a nawet chęci w czasie tłumaczenia i wyjaśniania różnych rozwiązań matematycznych. Całą noc przerabialiśmy główne zasady. Były momenty, że wątpiłem w celowość moich wysiłków, ale zdobyłem się na cierpliwość i to dawało stopniowo niezłe efekty. Jak się potem okazało ten całonocny trud i wysiłek nie był daremny, bo na egzaminach Jakoś zdał, z czego nie tylko on ale i ja byłem wielce zadowolony.

Tak więc o czym marzyłem stało się. Zdałem Małą Maturę i to z niezłym wynikiem: pół piątek, pół czwórek. Zważywszy, że wówczas nie było jeszcze szóstek, mogłem mieć powód do wielkiego zadowolenia, bo mając świadectwo maturalne nic innego mi nie pozostało. jak tylko cieszyć się i radować. Choć niektórzy koledzy oblewali to gorzałką. Ja rozumiałbym ich zachowanie, gdyby nie zdali, bo mieliby nadzieję na przygłuszenie klęski jaką ponieśli, na uspokojenie swojego sumienia. Gdy jednak zdali, to zamiast się radować i cieszyć jak najdłużej na trzeźwo, jako nagrodą za trudy i wysiłki, to oni wszystko przekreślili i przespali po libacji.

Inaczej zrobiłem z kolegą, przyjacielem. Chcieliśmy jak najdłużej się tym cieszyć świadomie i na trzeźwo. Przecież tak o tej maturze marzyłem, tyle trudu, ofiar i upokorzeń znosiłem, więc wypadało w nagrodę cieszyć się osiągnięciem celu. Dlatego zamiast alkoholu z kolegą wybraliśmy się na noc do jednej wioski nad rzeką Tanwią na węgorze. Nocowaliśmy u jakiegoś gospodarza w stodole. Przed spaniem w różnych miejscach rzeki zostawiliśmy tzw. kozule. O świcie prawie na każdej z nich był złapany węgorz. Obładowani takim połowem, pełni zadowolenia i dumy wracaliśmy do domu.

Gdy dziś piszę te odcinki wspomnień do miesięcznika "Tanew" zawsze sam tytuł wspomnienia przypomina mi ten połów i wspaniałą pieszą wędrówkę do tej rzeki. cdn.

Ks. Kazimierz Pińciurek

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: