Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 5/1996
Dzieci Zamojszczyzny cz. I
Na czym polega określenie, które się przyjęło za czasów okupacji, "Dzieci Zamojszczyzny" chciałbym wyjaśnić w świetle faktów, które znam, względnie osobiście przeżyłem. Należy to zagadnienie podzielić na dwie prawie odrębne sprawy, oddalone od siebie o przeszło pół roku.

Jesienią 1940 r. szereg członków spod znaku "Waffen SS" oraz cywilnych urzędników zwiedzało różne rejony powiatu zamojskiego. Jeden z tych cywilnych Niemców był u mnie w Zwierzyńcu, przedstawiając się jako doktor (nie pamiętam, niestety, jego nazwiska, był to może dr Erwin Hoff?), wypytując czy istnieją w naszych archiwach dokumenty odnoszące się do kolonizacji niemieckich rolników na terenie Zamojszczyzny. Był doskonale poinformowany, że Andrzej Zamoyski (Kanclerz Wielki Koronny) oraz jego syn Stanisław Zamoyski, pierwszy w latach 1785- 1790, a drugi w okresie ok. 1820 roku, sprowadzali z Nadrenii gospodarzy niemieckich i osiedlali ich na terenach Ordynacji Zamojskiej. Przybysz niemiecki wymienił mi wsie, w których osiedlani byli koloniści niemieccy (Sitaniec, Płoskie, Hedwiżyn i inne) i muszę przyznać, że znał temat dość dokładnie, gdyż nawet wymieniał znane mi nazwiska Polaków pochodzenia niemieckiego.

Ponieważ takich dokumentów nie miałem pod ręką, zbyłem Niemca kilkoma ogólnikowymi informacjami. Więcej nie pokazał się. Plany niemieckie odnośnie skolonizowania części tzw. "Generalnej Guberni" już były omawiane końcem 1940 r. W dokumentach, które wymienia wydawnictwo "Zamojszczyzna Sonderlaboratorium" pod redakcją p. Czesława Majdeńezyka, podaje cały szereg danych oraz przedrukowuje dokumenty niemieckie z początków 1942 r. mówiące już dokładnie, że Zamość (jako powiat) ma być terenem nasiedlania różnych grup niemieckich, względnie pochodzenia niemieckiego. Będzie to okręg utrzymujący bezpieczeństwo i porządek w tej części Generalnej Guberni oraz środek promieniujący kulturą niemiecką, wynaradawiając ludność polską. Oczywiście tak wyrażali się niektórzy Niemcy o tej akcji jak o generalnym planie perspektywicznym. W czyjej głowie powstał ten plan trudno powiedzieć, w każdym razie wykonanie oddano w ręce zaufanej organizacji "SS"! Zastrzegam, że nie zamierzam tutaj pisać udokumentowanej pracy o wysiedleniach na Zamojszczyźnie, chcę uwypuklić dwa momenty, w których powstało zagadnienie "Dzieci z Zamojszczyzny", podając na jakich podstawach wyrosła ta sprawa, w dw6ch dość odrębnych i różnych momentach.

Akcją wysiedlania późną jesienią 1942 roku objęto najprzód wsie na północny wschód, wschód i południowy wschód od Zamościa. We wszelkich szczegółach jest to opisane w dwutomowym dziele "Zamojszczyzna Sonderlaboratorium". W tych akcjach, przede wszystkim pierwszych, oddziały SS oraz Schutzpolizei wykazały szczególne okrucieństwo i bezwzględność. Dawano wysiedlanym bardzo mało czasu na zabranie najpotrzebniejszych rzeczy, bezwzględnie rozdzielano rodziny, przy krzykach i często strzałach, akcja taka wywoływała duży popłoch. Nieszczęśliwi wysiedleni przewożeni byli do Zamościa, gdzie ich poddawano różnym badaniom, zarówno lekarskim, jak i - w odniesieniu do mężczyzn gestapowskim. Mężczyzn wykazujących typ nordycki i dobre zdrowie wysyłano do pracy w Niemczech. To samo odnosiło się do zdrowych i stosunkowo młodych niewiast. Natomiast starców i dzieci przetrzymywano jakiś czas, po czym ładowano ich w towarowe wagony i wysyłano w niewiadomym kierunku. Kierunek ten dość szybko został wybadany z pomocą kolejarzy i okazał się być Majdankiem. Natomiast dzieci, od najmniejszych, zaczęto wysyłać w takich samych wagonach w kierunku Lublina. Przypomnieć należy, że wysyłki te odbyły się w samym końcu grudnia lub w początkach stycznia 1943 r. przy dużym mrozie, w wagonach nie ogrzewanych i bez żywności, można sobie wyobrazić jak te biedne pisklęta wytrzymywały taki transport. Już w drodze, a ściślej w Lublinie, za pośrednictwem kolejarzy wieść o dzieciach z Zamojszczyzny zaczęła się rozchodzić. Wagony przywiezione na stację Warszawa Wschodnia zostały zidentyfikowane przez kolejarzy i wieść rozeszła się natychmiast w najbliższym kręgu stacji.

W obozie było niżej krytyki, wodę do picia dostarczano w brudnych wiadrach, dwa - najwyżej trzy razy na dzień. Zaznaczyć trzeba, że ze względu na prawdziwie letnie upały dokuczało to niemiłosiernie.

Jako przewodniczący Komitetu RGO na powiat Biłgorajski oraz delegat do Rady RGO, zwróciłem się do władz policyjnych o umożliwienie miejscowemu komitetowi dostarczania do obozu raz dziennie zupy. Po dłuższych naradach "ta łaska" została nam przyznana, a ponieważ posiadaliśmy wojskowy kocioł na kołach, komitet miejscowy, pod przewodnictwem niestrudzonego ks. kanonika Stanisława Szepietowskiego i mojej żony, rozpoczął dostarczanie, codziennie za dwoma nawrotami, możliwie pożywnej zupy dla tych nieszczęśliwców.

Niestety, nagromadzenie ludności w tak małym pomieszczeniu i w tak antyhigienicznych warunkach doprowadziło bardzo prędko do rozprzestrzeniania się różnych epidemii. Co rano przy kontroli obozu SS- mani kazali wyrzucać na plac przed obozem ciała nieboszczyków, przy czy z dnia na dzień liczba dzieci, które zmarły, powiększała się. Według naszych przybliżonych obliczeń przeciętnie w obozie Niemcy przetrzymywali ponad trzy tysiące osób. Wieczorem i rano odchodziły transporty ciężarówkami, głównie mężczyzn, w kierunku Lublina. Natomiast pracownicy szpitala zwierzynieckiego sąsiadującego z obozem, obliczali wyrzucanych na plac obozowy nieboszczyków. Przeciętna liczba wynosiła kilkadziesiąt ciał, bywały jednak dnie , gdzie ta cyfra sięgała trzydziestu nieszczęśników, przy czym większość stanowiły dzieci.

Jan Zamoyski

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: