Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 6/1995
Łaźnia maturalna
Trzeba to przeżyć, by wiedzieć jaka radość ogarnia człowieka, gdy osiągnie swój cel, jakim była dla mnie Mała Matura, a jednocześnie wakacje. Te dwie rzeczy stają się jakimś cudownym przeżyciem, które trudno wyrazić i przekazać na papierze. Do tego podziw sąsiadów dodawał zadowolenia i to nie z tego, że byłem wyróżniony spośród innych, ale z tego, że bytem przykładem dla innych jak przezwyciężać trudności. Oczywiście, że to mnie nie pobudzało do jakiegoś wywyższania się, ale dawało zadowolenie, że inni to zauważyli i trochę docenili.

Jeszcze dwie klasy licealne i okno na świat będzie otwarte. Już nie miałem lęku, ani niepewności. Najtrudniejszy etap mojego życia szczęśliwie przeszedłem. Wojna, głód ubóstwo w domu, upokorzenia i wstyd mam już za sobą. Sąsiedzi już inaczej na mnie patrzą, inaczej mnie traktują, inaczej się do mnie odnoszą, inaczej ze mną rozmawiają. I nic dziwnego, że mogę spokojnie przeżywać zasłużone wakacje.

Niestety, długo się nie cieszyłem swobodą i spokojem, bo oto pewnego dnia do rodziców kolegi przyjechał krewny z Lublina i w rozmowie wspomniał, że w jego dzielnicy jest liceum, gdzie można w ciągu roku przerobić dwie klasy i zdobyć dużą maturę. Na wszelki wypadek wziąłem adres i napisałem list z prośbą o informacje. Odpisali, że mogę przyjeżdżać i załatwić formalności. I tu wyczułem, że jest druga szansa, by wyrównać opóźnienia w nauce. Takiej okazji nie można zmarnować, więc pojechałem i przedstawiłem dyrektorowi uczelni swoje świadectwo z Małej Matury. Po obejrzeniu i spisaniu formalności rzekł: No, dobrze. Przy końcu sierpnia możesz przyjeżdżać na egzaminy. Jak widzę ze świadectwa ze zdaniem nie powinieneś mieć kłopotów.

Kiedy wróciłem do domu, ogarnął mnie lęk, czy nie postępuję pochopnie. Przecież Lublin to nie Biłgoraj. Tam musi być wyższy poziom, większe wymagania. Jednak - według mnie - wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, żeby zaryzykować. Jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że aby zaryzykować i ryzyko było mniejsze, trzeba w czasie wakacji wziąć się za powtórkę materiału.

Wreszcie pod koniec sierpnia egzaminy, a po zdaniu początek roku szkolnego. Dla młodszych klas był internat, a niektórzy rozlokowali się na stancji. Nasza klasa miała przywilej i zamieszkała w budynku seminarium duchownego. Znów nowe miejsce, nowi ludzie, nowi koledzy, inne warunki. Dla mnie, który poza domem nigdzie nie przebywałem, było to przeżycie niełatwe, ale tylko na początku. Czas bowiem swoje robił i powoli się do wszystkiego przyzwyczajałem, a nawet coraz bardziej byłem zadowolony ze wszystkiego, począwszy od siłowania, a skończywszy na lekcjach. Nieraz koledzy narzekali na odżywianie, co mnie dziwiło i gorszyło. Dotychczas byłem zadowolony, gdy miałem co zjeść nie patrząc na rodzaj jedz-enia. Miałem ochotę zwrócić nieraz uwagę, ale się powstrzymywałem, by nie posądzili mnie o podchlebianie się wychowawcom, albo by się nie zdradzić o swoim lichym odżywianiu w domu. A w ogóle w zasadzie nigdy nic nie mówiłem, gdy nie miałem potrzeby, by prawdy nie wyjawić o swoim życiu, a że chwalić się nie miałem czym, więc miałem zasadę: milczenie jest złotem, a mówienie srebrem.

Na ogół nie było czasu wspominać przeszłość, bo trzeba było żyć chwilą obecną i przygotowywać się do następnej przeprawy. Przecież przerobić w ciągu roku dwie klasy licealne to nie będzie łatwo, tym bardziej, że dla mnie ten wysiłek jest drugi raz. Dlatego wszystko musiało iść na drugi plan, a czas trzeba było poświęcić nauce. W moim wypadku jednak po tylu doświadczeniach życiowych, po tylu kłopotach i trudnościach, kiedy były sytuacje, zdawało się beznadziejne i jakoś je przezwyciężałem, to dlaczego miałbym się teraz lękać. Teraz, kiedy nie muszę się troszczyć o jedzenie, mieszkanie, kiedy zawsze mam w czym chodzić, to w porównaniu z warunkami w domu zdaje się mi że lepiej już być nie może.

Czas biegnie naprzód i już półrocze, potem coraz bliżej egzaminy maturalne. Im bliżej do tej chwili tym większe napięcie, tym nastrój coraz bardziej niespokojny. Już maj, czerwiec. Właśnie 15 czerwca minister oświaty wydał rozporządzenie, że absolwenci liceów niepaństwowych mają składać egzaminy przed komisją egzaminacyjną ze wszystkich przedmiotów w jakimś liceum państwowym. My mieliśmy zdawać na ul. Narutowicza. Wiadomo było, że to był pierwszy krok do upaństwowienia szkół niepaństwowych. A lo było dla nas znakiem, że czeka nas trudna przeprawa, choć nie spodziewaliśmy się, że będzie ona aż tak wielka.

Nasz egzamin wyznaczono na 26 czerwca i to ze wszystkich przedmiotów, w sumie 12 w ciągu jednego dnia. Teraz już o uczeniu się nie było mowy, każdy myślał jak się uzbroić w cierpliwość i zachować tzw. zimną krew. Najgorsze było czekanie w atmosferze nerwowego napięcia. Pomyśleć, ze wszystkich przedmiotów w ciągu jednego dnia. W głowie się nie mieściło czy to jest możliwe. Trudno było uwierzyć, ale przecież było to ogłoszone oficjalnie, a więc realne.

Przychodzi nieszczęsny dzień. Sala egzaminacyjna, rozstawione stoliki, czekamy na egzaminatorów. Wreszcie rozpoczynają się egzaminy. Siadam przy jednym stoliku. Słucham pytania, odpowiadam jak umiem. Dziękuję, następny. Wstaję i idę do następnego stolika, ta sama procedura. Dziękuję, następny. I tak w końcu 12 stolików. W głowie się kręci, nie słyszę pytania, nie wiem co odpowiadam - tak przynajmniej mi się zdawało. Wreszcie ostatnie: dziękuję, następny. Dla mnie już łaźnia skończona, co się miało stać, to się stało. Nieważne teraz czy zdałem, czy nie. Najważniejsze, że się stało.

Na kolacji nikt nie ma ochoty do rozmowy, nikt się nie chwali, nikt się nie skarży. Pod wpływem przeżyć i zmęczenia każdy był jakoś obojętny i zniechęcony.

Rano chodzą pogłoski, że tylko pięciu zdało. Oczywiście to plotka, ale niepokój wzrasta, gdy idziemy po wyniki. Czekamy na sali. Wchodzi dyrektor liceum pani Krzeczkowska i inni profesorowie. Wyciąga listę absolwentów, którzy zdali egzamin i mają otrzymać maturę. Czyta wolno: 1. Goliński Eugeniusz 2. Pińciurek Kazimierz ... Nie wierzę własnym uszom. Plotka okazała się prawdziwa. Z całej klasy, i to licznej, tylko nas pięciu zdało.

Mając współczucie dla tych, którzy nie zdali, czułem jednocześnie satysfakcję i to podwójną. Po pierwsze zdałem. Po drugie, nie przyniosłem wstydu uczelni w Biłgoraju, gdzie zdobyłem podstawy wiadomości, w szkole podstawowej, a potem trzy lata w gimnazjum. Lublin to była w większości powtórka z lat poprzednich. W takiej sytuacji mogę spokojnie wracać do domu i śmiało patrzeć wszystkim w oczy.

Teraz droga przede mną otwarta: albo szukać pracy, albo iść na studia. A dostać się było bardzo łatwo wszędzie, bo wojna zrobiła wielkie spustoszenia i przerzedziła kadry inteligenckie.

Nie zdążyłem jeszcze dojechać do domu, a oto dostaję z USA duży list, a w nim potrzebne papiery do załatwienia na wyjazd do Ameryki. A więc mam Dużą Maturę i zaproszenie na wyjazd do Ameryki. Czy to nie za dużo w tak krótkim czasie?

cdn.

Ks.Kazimierz Pińciurek

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: