Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 6/1996
"Dzieci Zamojszczyzny" cz. II - wspomnienia z czasów okupacji
Jan ZamoyskiPo naradzie w Komitecie RGO w Biłgoraju i Zamościu zdecydowałem się wyjechać do Warszawy dla szukania pomocy. Niestety, mimo zrozumienia sytuacji, niewiele można było wskórać w Warszawie, gdyż miarodajne czynniki byty w Lublinie albo najwyższe władze G.G. w Krakowie. Zostały więc napisane dwa listy - jeden w formie memoriału do Gubernatora Franka, drugi do prezesa RGO A. Roniklera, wyjaśniające stan na terenie pacyfikowanym, z prośbą o interwencję u samego Franka wraz z memoriałem do niego skierowanym. Jedyne co osiągnąłem w Warszawie to trochę pieniędzy, różne leki i środki opatrunkowe dla ofiar pacyfikacji. Z tym raczej smutnym rezultatem wracałem do Lublina, gdzie miałem otrzymać ostatnie wieści.

W Lublinie spotkał mnie mój sekretarz opisując w kilku słowach sytuację na miejscu oraz wręczył mi list do mojej żony, zaklinając mnie, bym czynił wszystko co jest możliwe, nawet kosztem własnego bezpieczeństwa, gdyż sytuacja na terenie obozu jest wprost tragiczna! Panują epidemie tyfusu, ospy, odry, szkarlatyny i bardzo groźnej dezynterii dziesiątkujące szczególnie dzieci.

W tym stanie rzeczy decyzja moja mogła być jedna - działać u najwyższych władz Dystryktu Lubelskiego. Udałem się więc następnego dnia rano do szefa gestapo i SD na Dystrykt, Obersturmfuhrera Mullera, którego znalem z bytności w moim biurze, gdy w swoim czasie informował się o możliwościach polowania na terenie lasów zwierzynieckich. -Wkraczając o dziewiątej rano do najbardziej ponurej instytucji Lublina, przyznam się, że nie czułem się zbyt pewnie.

Stanąwszy przed Ober. Mullerem i przeprosiwszy go za zabranie czasu, dokładnie opowiedziałem mu o sytuacji na terenie objętym pacyfikacją oraz ściśle przedstawiłem wszelkie szczegóły odnoszące się do obozu internowanych w Zwierzyńcu. Wyjaśniłem sytuację sanitarną, szerzące się epidemie tak groźnych chorób zakaźnych, które mogą się rozszerzyć na ludność i wojsko kwaterujące w Zwierzyńcu. Wreszcie zaapelowałem w imieniu własnym i jako delegat Rady RGO na Dystrykt o zwolnienie nam dzieci i zastosowanie choćby najprymitywniejszych środków sanitarnych. Pamiętam, że zakończyłem moją przemowę zdaniem, że nie mogę uwierzyć, by Wielka Rzesza Niemiecka walczyła z niewinnymi dziećmi, a stacją chyba na humanitaryzm.

Moje sprawozdanie musiało widać zrobić pewne wrażenie na komendancie Mullerze, gdyż słuchał uważnie, nie przerywając, po czym oświadczył mi, iż mało w tych sprawach jest mu wiadomo, gdyż całą akcję zorganizował i prowadzi dowódca SS i policji na Dystrykt Lubelski, gen. Globocnik, wobec czego on nie może ingerować w tej materii. Zaproponował mi natomiast, że połączy się z kancelarią Globocnika i umówi dla mnie wizytę u niego. W parę minut zostało ustalone, że wizyta u Globocnika odbędzie się tego samego dnia o godz. czternastej. Płk Muller doradził mi, bym całą sprawę ujął jasno i dokładnie na piśmie jako delegat RGO na Dystrykt Lubelski i wręczył przy wizycie.

Muszę otwarcie powiedzieć, że z poważnymi obawami szedłem naprzeciw wydarzeniom, które zresztą sam sprowokowałem. Momentem dodającym mi odwagi w tych chwilach były twarze tych maltretowanych maluchów, wielokrotnie widziane przez druty w obozie zwierzynieckim. Nie bez znaczenia był list mej żony, która straciwszy przed rokiem swego ojca w Oświęcimiu, z wielką odwagą występowała przeciw wszelkim okrucieństwom okupanta na naszym terenie. Na posterunku zostawiłem przyjaciela, który miał obserwować z bezpiecznego miejsca ruchy w sektorze miasta zajętym przez SS oraz dalszy bieg wypadków, zdawałem sobie bowiem sprawę, że z takiej wizyty można łatwo wylądować w Zamku lubelskim lub w ogóle na Majdanku.

Po otrzymaniu potrzebnej przepustki udałem się do szefa kancelarii, gdzie, dla większego wrażenia prawdopodobnie, ogromny wilczur rzucił się na mnie z rykiem, lecz stanął jak zamurowany na zawołanie siedzącego za stołem oficera SS. Po dokonaniu formalności wprowadzono mnie do pokoju, gdzie rozparty za biurkiem siedział gen. Globocnik, a obok w dwóch fotelach inni wyżsi oficerowie SS. Skłoniwszy się lekko stanąłem opodal biurka i w kilku słowach podziękowawszy Globocnikowi za udzielenie audiencji, rozpocząłem wyłuszczanie mojej sprawy, wręczając jednocześnie memoriał pisemny. Pamiętam jak dziś pierwsze zdanie Globocnika, który dla stworzenia odpowiedniej atmosfery zadał ml pytanie w tonie rozkazującym: "A więc pan chce występować przeciw zarządzeniom policji i SS., która wprowadza porządek w stosunku do opornych łobuzów /Halunken/ oraz przeprowadza czystkę, by zlikwidować "die Polnische Banditen", i myśli pan, że ja będę mu w tym pomagał?" Poczułem, że od mego postawienia sprawy zależy cały dalszy bieg rozmowy i ewentualny sukces mojej misji. Zaoponowałem więc stanowczo i rzuciłem na szalę najmocniejszy, jak mi się wydawało, argument przy pierwszym starciu. Powiedziałem, że nigdy nie starałem się ingerować w sprawy policji, jeśli przychodzę to dlatego, że wierzę iż Wielka Rzesza Niemiecka nie prowadzi wojny z dziećmi i umie wykazać wielkoduszność w stosunku do tych istot, które są niewinne, a muszą znosić cierpienie z powodu starszych.

cdn.

Jan Zamoyski

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: