Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 6/1997
In vino veritas
O tej prawdzie i o samym winie, filozofii i "Ziemi obiecanej" - z prezesem Zarządu "Ambra" SA Januszem Palikotem rozmawia Marek J.Szubiak
Przed rozmową jednak, zwiedzam zakład w Woli Dużej koło Biłgoraja w towarzystwie głównego technologa pana Janusza Lutego. Pobieżnie poznaję tajniki technologii win musujących w wytwarzaniu których "Ambra" jest potentatem na Europę Środkowo-Wschodnią. Czystość, porządek, eleganckie traktowanie gościa, to rzadko spotykane zjawisko w zakładach pracy, dla których winiarnia "Ambry" może być przykładem.
Prezes Janusz Palikot, rozmawia ze mną dyskretnie spoglądając na zegarek. Tu czas ma swoją cenę. Więc do rzeczy.

Panie prezesie, dlaczego Pan z wykształcenia filozof, pracownik naukowy PAN i Uniwerystetu Warszawskiego, porzucił karierę naukowca i odszedł w kierunku biznesu?
Tą decyzję podjąłem na przełomie roku 1988/89, był to czas zmian i transformacji ustrojowej, politycznej i gospodarczej w Polsce. W tym czasie praktycznie każdy człowiek musiał od początku zdefiniować siebie samego, swoje życie, miejsce pracy, karierę zawodową. Wszyscy, po prostu, z tych wcześniejszych ról w poprzednim systemie społeczno-politycznym zostaliśmy jakby wyrzuceni przez te zmiany i trzeba było zadać sobie pytanie, - czy w tych nowych warunkach nie możemy dokonać lepszego dla siebie wyboru? Nie ukrywam, że zajmowałem się nauką, filozofią, trochę też dlatego, że w Polsce sprzed 1989 roku możliwości zajmowania się innymi rzeczami, zwłaszcza działalnością gospodarczą, były ograniczone albo wiązały się z zaangażowaniem politycznym. Stąd nauka była jakąś ucieczką od tej rzeczywistości społecznej i gospodarczej, która nie była atrakcyjna i wielu moich kolegów z podobnym skutkiem, kiedy tylko pojawiły się nowe możliwości, podjęła podobne decyzje. Mogę tutaj podać przykłady; Andrzej Potocki - rzecznik prasowy Unii Wolności, który studiował ze mną na KUL, czy Marek Kamiński znany polemik i biznesmen, kolega z ławki studenckiej na Uniwersytecie Warszawskim i wielu innych
.
"Ambra" osiadła w Woli Dużej koło Biłgoraja, czy tu znalazł Pan swoją "Ziemię obiecaną" , czy to lokalny patriotyzm skłonił Pana. rodowitego przecież biłgorajaka i zarząd firmy do tej lokalizacji? Czy były to czysto ekonomiczne rachunki?
Jest kilka przyczyn. Po pierwsze, to prawdopodobnie korzenie mojej rodziny ze strony mojego ojca, gdzieś są umiejscowione właśnie w Woli Dużej - Woli Małej, prawdopodobnie pradziadek pochodził z Woli Dużej. Do tej pory mieszka tam daleki kuzyn. To jest miłe, dodatkowo utwierdza człowieka w podjęciu decyzji. Kiedy kupowaliśmy tę nieruchomość pod budowę tego zakładu, mogła być to równie dobrze mleczarnia w Biłgoraju, ZNTK czy inny teren przemysłowy. Myśmy po prostu szukali terenu w obrębie Biłgoraja zgodnego z naszymi oczekiwaniami biznesowymi. Okazało się, że zakład w Woli Dużej jest w likwidacji, choć cena była niemała - 6,5 miliarda st. zł. Dzisiaj, kiedy widzimy za jaką cenę sprzedawane są zakłady w dużo lepszej kondycji niż ten, który kupiliśmy, całkowicie wyłączony z produkcji, pozbawiony instalacji l urządzeń, to cena była wysoka. Płaciliśmy ratami i to pomogło nam udźwignąć ten ciężar. Przeważyło to, że ten zakład można było kupić szybko i szybko załatwić formalności, dlatego podjęliśmy decyzję o wyborze tego miejsca. Natomiast to, że ja wróciłem do Biłgoraja po kilku latach, było spowodowane tym, że jako człowiek, który nie miał pieniędzy a chciał rozpocząć jakąś działalność gospodarczą najlepiej mógł znaleźć takie możliwości tu gdzie był znany, z racji ojca, rodziny, gdzie był wiarygodny jako partner. Zaczynałem od handlu drzewem, po wsiach, od porządkowania dokumentacji archiwistycznej w przedsiębiorstwach wspólnie z kolegą ze studiów. W ten sposób zdobywałem pierwsze pieniądze, które później wydaleń na udziały w przedsiębiorstwie "Ambra". Tu, kiedy kupowałem drzewo nie musiałem za nie od razu płacić, czy kiedy dostałem jakieś dobre zlecenie, to wynikało z tego, że byłem tu wiarygodny i łatwiej było wystartować w tym miejscu. Był też inny powód. Mój brat w 1988 roku założył rodzinę w Biłgoraju. Zostałem oczywiście zaproszony na uroczystość, gdzie poznałem dziewczynę, która była świadkiem i która została później moją żoną. To dodatkowo jakby przypieczętowało moją tu obecność.

Istnieje opinia, iż tzw. robienie pieniędzy na produkcji alkoholu jest pod względem społecznym naganne. Nie wszyscy patrzą na to życzliwym okiem. Czy uważa Pan inaczej?
Czy gdybyśmy nie produkowali alkoholu - czy ludzie by go nie pili? Po drugie, w naszym konkretnym przypadku, gdybyśmy nie produkowali win, szampanów, to czy nie oznaczałoby to, że ludzie nie piliby, w tym znaczeniu o które panu chodzi, więcej mocnych i niosących większe ryzyko alkoholi? Więc jeżeli ludzie piją alkohol to wydaje się, że jest lepiej jeżeli jest to opanowane z racji gospodarczych, nadzoru    skarbowego, samych norm technologicznych i daje to gwarancję jakości i kontroli. Ponadto niesie to za sobą określone podatki i wpływy dla państwa. Jest to aspekt, który legalizuje sytuację mającą tu miejsce. Nie my jako pierwsi rozpoczęliśmy produkcję alkoholu. Trudno sobie wyobrazić sytuację, kiedy zaprzestaje się tej produkcji przy takim rynku konsumenckim, oczekiwaniach ludzi i wielopokoleniowych przyzwyczajeniach w całym świecie nie tylko w Polsce. Ludzie pili alkohol od dawna. Wino powstało już 8000 lat temu na terenach dzisiejszego Azerbejdżanu i Turkmenii, stamtąd przez Egipt przywędrowało do Grecji i dalej przez Włochy do Francji, do północnej Europy, do Niemiec i w XIV i XV wieku do Polski. W okolicach Zielonej Góry uprawiane było przez zakonników, którzy tutaj chrystianizując tę część Europy przenosili różne dobra kultury zachodniej i między innymi wino. W "złotym" okresie kultury greckiej z IV i V wieku p.n.e., gdzie biesiadowanie, ucztowanie, rozprawianie o filozofii, sztuce i kulturze w bogatych miastach greckich, zawsze wiązało się z konsumpcją wina, co nie oznaczało pijaństwa. Tu ujawnia się ten zdrowy korzeń kultury europejskiej z czasów Platona, Arystotelesa, Sokratesa, wielu poetów i rzeźbiarzy greckich. Wszystko to promieniowało na całą kulturę śródziemnomorską i bardzo silnie był w nią wpisany kult winorośli, Dionizosa i Bachusa. Wino towarzyszyło człowiekowi cały czas. Wino też, jak się okazuje po wielu tysiącach lat, donoszą o tym najnowsze badania, zwłaszcza czerwone wytrawne ma w sobie wiele elementów korzystnych dla człowieka i przedłużających życie. Francuzi, którzy piją najwięcej czerwonego wytrawnego wina, nie chorują na choroby układu krążenia, miażdżyce. Wino obniża poziom cholesterolu we krwi l zapobiega chorobom serca, zawałom itp.

Można więc wykazać, obok tych kulturowych były i inne względy, które spowodowały, że ludzie przez te lata interesowali się winem. Mamy tego ślady w wielu księgach od Pisma Świętego poczynając, gdzie cały czas wino się pojawia jako dowód istnienia Boga. Teraz w Polsce powszechnie powinniśmy się nauczyć konsumowania tego alkoholu w sposób bardziej cywilizowany i charakterystyczny dla Europy. Angażujemy się bardzo mocno w propagowanie tej kultury l zmianę obecnej. Niemcy, gdzie na głowę przypada około 11,3 l. czystego spirytusu, piją znacznie więcej niż Polacy, nie widzi się jednak tylu pijanych jak u nas.

Oni piją wino i piwo do pewnej granicy. Tę granicę musimy się nauczyć stosować u nas. Powstały tzw. "Szampańskie Kluby "Ambry" w wybranych restauracjach dużych miast w Polsce, proponujemy tam nasze produkty i kulturę postępowania. Poza tym wydajemy różne publikacje,
 by pokazać jak z winem obcować, jak je pić, w jakim porządku, jak podawać itp.
To jest wielkie zadanie, my sami tego nie zrobimy, ale to jest konieczne.

Jest Pan pewny, że to podnoszenie kultury picia wina u nas się uda?
Jestem o tym przekonany, cały czas nad tym też pracujemy.
Rynek szampanów i win musujących, w czym się specjalizujemy, jest jednym z najbardziej rozwijających się rynków w Polsce. Rośnie konsumpcja tych produktów, a trudno szampanem się nagminnie upijać. Ten trunek łączy się z pewną uroczystością, z ceremonią i niesie ze sobą niewielkie zagrożenie przy konsumpcji w nadmiernych ilościach.

Wróćmy do firmy. Jaką firmą jest dziś "Ambra" ?
Zatrudnia 220 osób, było 350, ale w związku z automatyzacją linii technologicznych, przejścia na automatyczne pakowanie i zakupu nowej linii rozlewniczej, zatrudnienie się zmniejszyło. Podjęliśmy uchwałę o przeniesieniu siedziby z Warszawy ponownie do Woli Dużej, kierując się wyłącznie względami lokalnymi na rzecz tutejszej społeczności, by zwiększyć dochody płacowe z tytułu podatków w gminie Biłgoraj. W zakresie obrotów handlowych w roku 1996 przekroczyliśmy 110 mln zł. Wynik finansowy netto wyniósł 6,7 mln. zł. i był największy od początków firmy. Czekają nas dwie duże inwestycje; modernizacja kotłowni na olej opałowy, by wyeliminować emisję tlenku węgla i kanalizacja z włączeniem naszej oczyszczalni do sieci miejskiej. Prowadzimy dalsze inwestycje polegające na wymianie parku maszynowego. Interesujemy się też nowymi dziedzinami, rozważamy mianowicie rozpoczęcie produkcji w Biłgoraju z produktów znajdujących się w tutejszych okolicach, między innymi z czarnej porzeczki. Trwają bardzo poważne negocjacje z firmą zainteresowaną kupnem soków i koncentratów z tych owoców, jest szansa że doprowadzimy to do końca. Jesteśmy spółką akcyjną, 29 % akcji należy do niemieckiego przedsiębiorstwa dawniej Faber o obecnie Schloswahenheim. Jest to jeden z największych producentów win na świecie. Moje udziały wynoszą 18 %, pana Tadeusza Kuźmińskiego 18 %, pana Edwarda Warząchowskiego, pochodzącego z Biłgoraja 18 % i jest jeszcze kilku drobniejszych akcjonariuszy. W sumie 71 % kapitału należy do akcjonariuszy prywatnych strony polskiej. Główny nasz produkt "Dorato" ma 25 % udziału w rynku win musujących w Polsce. Sprzedał się w ilości 11 min. butelek. To jest ogromny sukces. Największe firmy takie jak Martini sprzedają około 18 mil. butelek. Rozpoczęliśmy też produkcję "Dorato" na licencji w Czechach i w Rosji, w okolicach Moskwy. Przymierzamy się do Ukrainy l Rumunii na przyszły rok. Tak że "Dorato" jako produkt z Biłgoraja ma szansę być produktem Nr 1 w całej Europie Środkowo-Wschodniej i w zasadzie nim już jest pomijając Republikę Federalną Niemiec. W eksporcie najlepszy był rok 1993-94, kiedy granice do Rosji były otwarte, potem były ograniczenia, banderolowanie itd. Rosja jest teraz największym odbiorcą produktu bezalkoholowego "Piccolo" Do Czech eksportujemy czerwone "Dorato", dalej jest Ukraina - nasz drugi rynek zbytu, oraz mniejsze ilości idą do Białorusi, Litwy, Kazachstanu i innych.

Jest Pan jednym z siedmiu laureatów konkursu Lider Polskiego Biznesu '96.
10 stycznia br. otrzymał Pan złotą statuetkę Business Centre Ciub. Za co właściwie otrzymał Pan to wyróżnienie?
Za utrzymanie wysokiej pozycji na rynku, oraz szczególną troskę o środowisko przyrodnicze, o otoczenie społeczne - takie jest formalne uzasadnienie komisji konkursowej. Konkurs przebiegał w kilku etapach. Komisja odrzucała tych, którzy mieli słabsze wyniki finansowe, biorąc też pod uwagę różne inne względy, wreszcie wyłoniła dwudziestu jeden nominowanych. Spośród nich wybrano siedmiu laureatów, którzy otrzymali złotą statuetkę. Ten temat jak wiem jest w Biłgoraju kontrowersyjny a jednak firma wyłożyła l mil. marek czyli ok. 18 miliardów st.zł., na budowę oczyszczalni ścieków, a następnie buduje kotłownię za kilka milionów złotych. Z drugiej strony jeżeli się popatrzy na te wszystkie parametry zanieczyszczeń ścieków, emisji tlenku węgla to my naprawdę jesteśmy zakładem wzorowym pod tym względem. Przeprowadzamy też wiele akcji na rzecz otoczenia. Finansujemy i przy pomocy naszych pracowników i szkół zwalczamy zanieczyszczenia w okolicznych lasach. Mamy swój wkład w introdukcji daniela w Żelebsku i choć nie jestem myśliwym ale cieszę się, że to się udało. Nasz udział w życiu społecznym jest widoczny poczynając od Klubu Sportowego "Łada" do wielu innych. Praktycznie nie ma tu większej imprezy, do której "Ambra" się nie włączyła. Oczywiście nie jesteśmy w stanie sponsorować wszystkiego i wiele odmówiliśmy. Może więcej powinniśmy pomóc szpitalowi. Tu jednak stoimy na stanowisku - najpierw reforma służby zdrowia, a potem pomoc. Dzisiaj pomaganie temu choremu systemowi, to jest topienie środków bez możliwości uzyskania widocznych efektów.

Jakie są dziś stosunki sąsiedzkie pomiędzy "Ambrą" a mieszkańcami Woli Dużej, gdyż kiedyś nie układały się najlepiej właśnie ze względów ekologicznych?
Zablokowaliśmy całkowicie kanał deszczowy, o który było podejrzenie, że do niego zrzucamy ścieki z oczyszczalni, płynące nim do rzeki. Nigdy tego nie robiliśmy. Rozumiem obawy tych ludzi mieszkających przecież w tak pięknej okolicy jak Wola Mała i Duża, które kojarzą się z takim zakładem przemysłowym. To doświadczenie jeszcze z czasów komunistycznych, kiedy nie liczono się z wolą mieszkańców i te obawy były zupełnie uzasadnione, że będziemy nieuczciwi. Potrzeba było też trochę czasu, żebyśmy się wzajemnie poznali i zrozumieli i dowiedli, że nie takie są nasze Intencje. Budowa takiej oczyszaczalni rodzi takie zagrożenie i nieufność, nie mam o to do nikogo pretensji. Może niepotrzebnie włączyła się do tego redakcja "Kroniki Zamojskiej" i tę sprawę "rozdmuchała" ze szkodą dla stron, bo dogadanie się dłużej trwało niż mogło trwać. Ma to też dobrą stronę, bo dzięki temu zrobiliśmy to co trzeba było znacznie staranniej, niż mogło być zrobione bez kontroli społecznej. Jestem za tym żeby społeczności lokalne kontrolowały przedsiębiorstwa, urzędy, samorządy pod tym kątem czy dbają czy nie o środowisko naturalne i czy produkcja takich zakładów nie jest uciążliwa dla środowiska. Nie chce wychodzić "przed orkiestrę" i mówić jaka jest dziś systuacja w wielu zakładach w Biłgoraju, ale chciałbym żeby we wszystkich była taka troska o zabezpieczenie ekologiczne jaka teraz jest w "Ambrze".

BCC uważany jest za organizację elitarną. W województwie zamojskim jest utworzona Loża klubu, jaki jest cel tego przedsięwzięcia i Pana w nim udział?
Jestem koordynatorem Loży BCC w Zamościu. Loża liczy czterech członków, oprócz naszej firmy jest to; Firma "Apis", Zakład Energetyczny w Zamościu i "Auto-Moto" z Zamościa. Są prowadzone rozmowy z kilkoma następnymi kandydatami, między innymi z cukrowniami. Mam nadzieję, że w Loży będzie dziesięciu członków i to by nas satysfakcjonowało. Robimy to, bo jak pan wie, nie jest pewna przyszłość województwa zamojskiego, a ja pochodząc z tego rejonu chciałbym aby przynajmniej środowisko gospodarcze miało swoją strukturę, która by mu gwarantowała należyty udział przynajmniej w takiej organizacji jak BCC. Na razie nie ma ustawy o samorządzie gospodarczym, pewnie w końcu jakaś będzie, ale czy i w jakim stopniu będzie uwzględniała, gwarantowała i dawała środowisku gospodarczemu z tego terenu możliwość dostępu do władz centralnych, do informacji o przepisach i ich interpretacjach czy dostępu do dokumentów, nie wiadomo. To daje dziś BCC, daje też możliwość wspierania przedsiębiorstw wobec administracji państwowej czy różnych urzędów. To wszystko się tu ludziom przyda i chcemy to robić. Ja to traktuję czysto społecznie, podobnie jak poprzednio Towarzystwo Gospodarcze i Biłgorajską Agencję Rozwoju Regionalnego, gdzie wydaliśmy kilkadziesiąt milionów (st.) złotych wspólnie z miastem aby te organizacje powstały i mogły funkcjonować. Dzisiaj się dobrze przyczyniają dla wielu drobnych przedsiębiorstw w Biłgoraju. Podobnie będzie w tym przypadku. BCC będzie tutaj ważną instytucją gospodarczą w województwie zamojskim niezależnie od tego jaka będzie jego przyszłość.

Jaką firmą w przyszłości będzie "Ambra" ?
W tej chwili mamy okres "burzy mózgów" i zastanawiamy się co dalej robić. Chcemy wejść w nowe tereny działania, może soki może coś innego. Być może będziemy próbowali swoich sił na giełdzie - to też jest jeden z kierunków działania. Myślę, że w ciągu kilku miesięcy ta sprawa się rozstrzygnie. Wino nie będzie w przyszłości jedynym naszym produktem, chcemy sięgać po nowości.

Życzę więc powodzenia i dziękuję za rozmowę.

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: