Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 7/1996
Dzieci Zamojszczyzny cz. III
Odniosłem wrażenie, że takie postawienie sprawy Globocnik uznał za nadające się do dalszej dyskusji, gdyż rozmowa zaczęła nabierać mniej ostrych tonów, a siedzący obok oficerowie zadawali mi pytania co do różnych aspektów akcji pacyfikacyjnej czy warunków panujących w obozie w Zwierzyńcu. - Napięcie było bardzo silne, gdyż niezmiernie trudno jest rozmawiać spokojnie w krzyżowym ogniu pytań trzech ludzi, z których każdy mógł mnie posłać bezkarnie do Oświęcimia na wykończenie. Ponadto rozmowa toczyła się pomiędzy trzema rozpartymi w fotelach oficerami, ja zaś stałem na środku pokoju. Musiałem niezmiernie uważać, by się nie przejęzyczyć i nie wyjawić wiadomości, które miałem poufnie od naszej organizacji o całej akcji. W toku rozmowy naświetliłem stan sanitarny obozu, zwracając szczególną uwagę na panujące epidemie, które mogą się rozszerzyć na ludność, a dalej na jednostki wojskowe niemieckie itp. Minuty ważyły jak wieczność, ale chyba po około 20 minutach wiedziałem, że moja sprawa nabiera raczej pozytywnego obrotu, wobec czego napierałem coraz silniej na wydanie nam dzieci i zezwolenie odgórne na dożywianie pozostałych ludzi w obozie wraz z dostarczaniem leków koniecznych na ich schorzenia.

Pamiętam pytanie, którym chciano mnie wprowadzić w kłopot, gdy jeden z oficerów ironicznie zapytał: "Czy pan się orientuje ile dzieci jest w obozie i jak pan nam zagwarantuje, że jeśli wydamy je będziecie w stanie wszystkie zakwaterować, dać opiekę lekarską i wyżywić należycie przez nieokreślony bliżej czas, jakie są wasze możliwości!" Mieliśmy wprawdzie dość przybliżone cyfry co do ilości dzieci, ale nie mogłem pod żadnym pozorem z tym się zdradzić. Odpowiedziałem więc, że ochronka w Zwierzyńcu mieściła przed wojną ok. 150 dzieci, więc przy zastosowaniu pewnego zagęszczenia będzie tam można umieścić co najmniej 350 maluchów, ponadto szpital w Zwierzyńcu przyjmie część chorych dzieci, a dla innych stworzymy jeszcze rodzaje szpitali lub rodzaj ochronek, co pozwoli nam na zakwaterowanie co najmniej 600 dzieciaków.

Po kilku jeszcze pytaniach, raczej natury technicznej, Globocnik oświadczył mi, że ofertę moją przyjmuje i naradzi się jeszcze ze swymi podwładnymi co i jak uczynić, a odpowiedź przekaże mi za pośrednictwem sztabu akcji mieszczącym się w Zwierzyńcu. Poczułem, że Opatrzność czuwała nad moimi krokami, gdyż rezultat mej interwencji rysował się raczej pozytywnie. Nasuwało się jedynie pytanie jak prędko decyzja będzie powzięta i jakie ewentualne uboczne warunki postawi policja za tę, jak nazwali "wybitną łaskę". Skłoniwszy się raz jeszcze, podziękowałem Globocnikowi i opuściłem pokój z całym spokojem, a następnie wszystkie odpowiednie filtry kontrolne.

Znalazłem się na ulicy, poczułem całkiem miękkie nogi, ale się nie poddałem i dobrnąwszy do moich przyjaciół wypiłem dużą kawę i dużą wódkę na podtrzymanie mej kondycji.

Tego dnia jeszcze odwiedziłem delegat RGO na województwo lubelskie - Andrzeja Skrzyńskiego, prosząc o zorganizowanie zbiórki dziecinnych ubranek i bielizny oraz zbiórki po aptekach środków potrzebnych przy epidemiach, jakie występowały na terenie obozu. Osobiście byłem w trzech aptekach, gdzie otrzymałem naprawdę poważne ilości środków opatrunkowych i prostych leków nadających się w naszym wypadku. Późnym wieczorem wracałem do Zwierzyńca, wprawdzie trochę zmęczony przeżyciami nerwowymi, ale z sercem pełnym najlepszych nadziei, jeśli chodzi o te zupełnie niewinne małe istoty. Przede mną rysowała się niemała praca zorganizowania całej akcji przyjęcia tych dzieciaków, od ewidencji począwszy aż do najdrobniejszych szczegółów ubrania, leczenia i wielu, wielu innych. To było jednak mniej groźne, gdyż wiedziałem doskonale jakie było nastawienie naszego społeczeństwa, na które można było zawsze liczyć w takich wypadkach.

Sytuacja na terenie obozu była rzeczywiście katastrofalna, niemniej już na trzeci dzień stosunek władz obozowych zmienił się szczególnie w stosunku do Komitetu Opieki, ale i wobec internowanych. Pod wieczór trzeciego dnia otrzymałem wiadomość przez komendę SS w Zwierzyńcu, że gen. Globocnik zezwolił na wydanie dzieci do lat sześciu Komitetowi Opieki, ale na moją osobistą odpowiedzialność *). Rozpoczęły się dla nas, to znaczy dla całego Komitetu Opieki, a szczególnie dla mojej żony, gorące dni i godziny przygotowań, by pokazać okupantowi, że akcja z naszej strony może być należycie przygotowana. Powiększony ad hoc komitet działał bez mała 24 godziny na dobę, podobnie jak wiele pań, które szyły z dostarczonych materiałów koszulki i inne dziecinne odzienie. Zorganizowano zbiórkę pościeli i wszelkich ubranek dziecinnych, zabawek, szykowano ochronkę na przyjęcie dzieci. Przygotowano numerki ewidencyjne na tasiemkach oraz listy z odpowiednimi rubrykami dla zapisania danych o pochodzeniu dziecka. Zorganizowano dwa dodatkowe szpitale, w opróżnionych na ten cel domach, pod kierownictwem niestrudzonego człowieka i wspaniałego lekarza dr. Bardzika, przejęto całą sprawę medyczną. Przygotowano łaźnie, gdzie każde odzyskane dziecko z obozu byłoby kierowane dla dokładnego umycia, przy czym palono jego odzież, po czym lekarze przeprowadzali badania, kierując dziecko do takiego, czy innego szpitala, lub do ochronki, w zależności od jego stanu zdrowia. Wiele, wiele innych przygotowań było czynionych, by nie być zaskoczonym w ostatniej chwili. Osobiście prowadziłem pertraktacje z kierownictwem obozu, by wybadać jaka jest w przybliżeniu liczba dzieci, które wchodziłyby w grę oraz oczywiście ustalenie terminu przejęcia dzieci i jak dalece miała być rygorystycznie traktowana sprawa wieku dzieci. Tu muszę podać fakt, bez nazwiska, -jednej pani udało się wejść w bliższe porozumienie z komendantem obozu Hahnem i tą drogą mieliśmy sporo informacji, tędy również przepływały do komendanta wędliny, koniaki, wina czy kawa, co było wysoko cenione. Ten sposób okazał się w następstwie niezmiernie wydajny, szczególnie w urobieniu nastawienia komendanta, jak i różnych ułatwień w postaci jeszcze dwukrotnego wydania nam dzieci w późniejszym terminie.

Jan Zamoyski

*) Zamojszczyzna - Sonderlaboratońum SS. Tom 2 dokument 312, str. 121

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: