Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 7/1997
Carski sitarz
Zbliżała się wiosna. Praca w zagrodzie nie ustawała. Cała rodzina i dwóch parobczaków, specjalnie najętych z pobliskiej wsi, uwijała się jak w ukropie. Docinano tuby, falowano. Później już wysuszone leżały w komorze. Gospodyni, jej matka i dwie córki siedziały przy krosnach i tkały włosiane płótna. Gospodarz w skupieniu z najstarszym synem naciągali je na drewniane obręcze. Milczeli, ale każdy z nich myślami był w odległych krajach, do których przyjdzie im zaraz po świętach Wielkanocnych wyruszyć. Czasami z obejścia lub chałupy dolatywały słowa jakiejś zaśpiewki lub wielkopostnej pieśni. Dni były jeszcze krótkie, więc można powiedzieć, że pracowali od nocy do nocy. Wszyscy byli przejęci nadchodzącą wyprawą gospodarza. W tym roku miał z kilkoma sąsiadami wyruszyć w głąb Rosji. Cała rodzina liczyła na większe niż dotychczas dochody. W poprzednich latach gospodarz wyjeżdżał ma Krym. Tam pracował przez ostatnie lata. W tym roku miał też po raz pierwszy zabrać ze sobą syna Antosia. Cieszył się, że pojadą wreszcie razem, choć tego nie okazywał, trapiąc się, jak też ten młody jeszcze chłopak przetrzyma długą rozłąkę z domem. Chłopak jest krzepki, postawny, silny. Podróż zdzierży. Jak jednak poradzi sobie z handlem. W domu niby obrotny. Czy tam pod Moskwą da jednak radę. Dumał stary sitarz. Młody również myślami był w podróży. Czasem uśmiechał się pod świeżutkim wąsem i po tym znać było, że z obiecanej wyprawy bardzo się cieszy. Myślał o zyskach, o prezentach, które przywiezie matce i siostrom, no i o prezencie dla ukochanej. Jeszcze tylko kilka dni, no, kilkanaście i w drogę.

Czas rzeczywiście szybko mijał. Gospodarz umawiał się jeszcze z dostawcami drewna, kupował końskie włosie. Bajcował o czymś z Żydami. Rozprawiał z żoną, jak będzie przesyłać mu materiał. Zbierał się z przyszłymi towarzyszami podróży i przy miodku omawiali trasę wyprawy. Czasami się swarzyli, ale rozumieli, że muszą się trzymać kupy i ten wspólny interes widać było ich jednoczył, bo po krótkiej sprzeczce przepijali do siebie mówiąc:

- Za podróż towarzysze, za podróż!

Przeszły święta. Nie cieszyły Antka jednak kolorowe pisanki. Nawet przy lanym poniedziałku, kiedy większość jego rówieśników zapamiętywała się w zabawie i gonitwach za pannami, on tylko czasami uśmiechał się i odwracał głowę patrząc gdzieś daleko na wschodnią stronę. I nie słyszał nawoływań:

"Na przewody

nie żałuj wody"

Nadszedł czas odjazdu. Ostatnie rady troskliwej matki, pożegnanie z siostrami. Konie ruszyły. Cztery piękne kasztany ciągnęły bałaguły wypełnione gotowymi sitami i stertami płótna. Były również wszystkie narzędzia potrzebne do wyrobu przetaków i sit na miejscu:

baty, iglice, rytki, okałacze, falownie. Karawana liczyła siedem wozów. Wszystkie wolno toczyły się po nierównej drodze, skrzypiąc i hałasując. Karawana jeszcze raz zatrzymała się jak nakazywał zwyczaj przy figurze św. Jana Nepomucena, był tam pożegnać najbliższych i oddać się w opiekę świętemu, który sprawował pieczę

już nad niejednym wędrującym sitarzem.

Powoli nawołując się wesoło, żartując mijali nieprzebyte lasy kraszone już wiosennie młodziutką zielenią wszędobylskich brzózek. Antoś cieszył się. W cieple pięknego dnia położył się na wozie i marzył. Ojciec wesoło pokpiwał sobie ze spotkanych chłopów, dopytywał o przeprawy na Wieprzu. Widać on też radował się z tego, że ruszyli. Na razie nikt nie myślał o handlowaniu. Najbliższe okolice Biłgoraja zaopatrywane były w sita przez biedniejszych sitarzy i Żydów. Na razie wszyscy towarzysze pochłonięci byli planami związanymi z jarmarkami w Rosji. Wieczorne ogniska, długie opowieści starych gospodarzy umilały długie i męczące dni podróży. Rozkładanie obozowisk, pomoc przy warzeniu strawy były dla Antka wspaniałą przygodą. Rozumiał jednak, że najciekawsze przed nim. Powoli karawana wkraczała w kraj, który różnił się od znanych krajobrazów. Ludzie mówili trochę innym językiem. Nawet inaczej się żegnali. Inne kościoły, takie z okrągłymi kopułkami. Chłopak patrzył, podziwiał. Z otwartymi ustami przyglądał się nowemu. Ojciec starał się wszystko tłumaczyć, wyjaśniać.

Przeprawili się przez Dniepr. Zaczynała się wreszcie oczekiwana praca. Tutaj czekali na sitarzy. Znali ich wyroby. Pamiętali o solidności. Sita, jak świeże bułeczki, trafiały do potrzebujących i wprawnych rąk rosyjskich i żydowskich kupców, którzy całymi partiami wykupywali biłgorajskie specjały. Antoś się uczył. Targowania, zmyślnego języka sitarskich towarzyszy, którzy wykorzystywali go w chwilach trudnych transakcji.

Za Briańskiem karawana miała się podzielić na dwie grupy. Obydwie miały zmierzać do Moskwy, ale innymi drogami. Pod Briańskiem też rozbili obóz na dłużej, gdyż brakowało łubów do wytwarzania sit. Znana z Biłgoraja robota paliła się teraz Antkowi w rękach. Pracowali ciężko z ojcem. Wiedzieli jednak, że dotychczas zarobione pieniądze choć niemałe, mogły w Moskwie pomnożyć się wielokrotnie. Wreszcie po miesiącu ruszyli.

Andrzej Czacharowski

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: