Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 7/1999
Biłgoraj mojego dzieciństwa cz. I
Przy wjeździe do Biłgoraja, od strony ul. Zamojskiej, przy figurze św. Jana była rogatka. Był to gruby bal ociosanego drzewa oparty na dwu postumentach tzw. szlaban. Przy pomocy korby bal podnoszono do góry umożliwiając wjazd do miasta. Druga rogatka była na ul. Lubelskiej przed mostem na rzece Łada, trzecia zaś przy ul. Tarnogrodzkiej (Kościuszki). Rogatki dzierżawili od Magistratu Żydzi płacąc rocznie jakąś kwotę. Sami zaś pobierali minimalną opłatę od gospodarzy wiejskich, którzy w jarmark, a był to czwartek, przyjeżdżali do miasta. Ta opłata nazywała się "myto".

Moje dzieciństwo ty był Rynek i ul. Szewska. Rynek był dookoła otoczony przeważnie murowanymi, jednopiętrowymi domami. Na środku rynku był usytuowany Magistrat, również jednopiętrowy. Od strony północnej i południowej tuż przy Magistracie były małe, żydowskie sklepiki. Bardzo ubogie. Miały ceglaną podłogę, oświetlenie naftowe, a nawet świecowe, na półkach trochę towarów spożywczych lub z branży odzieżowej, albo tylko naftę, mydło i świece. Pieców te sklepiki nie miały. Zimą sprzedawcy grzali sobie dłonie nad żelaznymi garnkami, wypełnionymi żarzącymi się węglami drzewnymi.

Ponieważ rynek był nie wybrukowany, więc rosła na nim miejscami trawa i stały kałuże, pasły się na nim żydowskie kozy i popijały deszczową wodą.

Opowiadali mi starsi, czego nie mogę pamiętać, bo urodziłam się podczas I wojny światowej, że na rynku od strony zachodniej, rosło kilkanaście dużych starych drzew, otoczonych dookoła ławkami, a obok była estrada, na której każdej niedzieli koncertowała orkiestra wojskowa 13 Pułku Kozaków Dońskich, którzy stacjonowali w Biłgoraju od czasu upadku powstania styczniowego.

W pozostałych dniach tygodnia na rynku zatrzymywały się furmanki gospodarzy wiejskich, którzy tu sprzedawali swe produkty rolne. Rynek ożywiał się w czwartkowe jarmarki. Cały wtedy był wypełniony furmankami, tak że nie można było przejść. Jeśli koń miał ucho okręcone słomą, to znaczyło, że gryzie, więc się tego przejścia unikało.

Przed Magistratem od strony wschodniej, tylko w czwartki drobni sprzedawcy, głównie Żydzi, ustawiali na jeden dzień stragany z odzieżą, obuwiem, zabawkami dziecięcymi. Polacy, głównie sitarze, sprzedawali sita, przetaki, koła do wozów, drewniane łyżki, fujarki, ponadto prymitywne zabawki, jak pajace poruszane za pomocą sznurka, koniki z wózkami i lalki. Garncarze z Soli i Bidaczowa sprzedawali garnki gliniane, donice, siwaki, zabawki - kogutki, w które gdy się dmuchało - piszczały.

Na zachód od Magistratu, tuż przy jezdni, była giełda końska. Gospodarze biegali trzymając konie za uzdę. Otwierali również pyski koniom, by pokazać kupującym uzębienie, które świadczyło o wieku konia. Sprzedaż "przybijano" przez bicie w dłonie kupującego ze sprzedającym. Dłuższy targ sprawiał obydwu stronom przyjemność. Po ugodzie szli do pobliskiej restauracji, aby oblać transakcję. To się nazywało "litkup". Inaczej był przesąd, że się nie powiedzie.

Rosyjscy wojskowi, w tym wypadku Kozacy, jako znawcy koni bardzo często przyglądali się giełdzie. Sami nie parali się handlem końmi. Żydzi mieli swoich fachowców i uczestniczyli w giełdzie.

Koszary wojskowe mieściły się na Piaskach, w budynkach do dziś stojących. (Dziś hurtownie mat. budowlanych przy ul. Długiej vis a vis dworca PKS - przyp. red.). Łaźnia wojskowych wybudowana z czerwonej cegły stoi dziś na rogu ul Cegielnianej i Długiej. Barak, który w 1915 roku pełnił rolę prowizorycznego szpitala chorych na cholerę pozostał do dziś. Z tego nieszczęsnego miejsca nikt żywy nie wyszedł. Relacjonował mi to nieżyjący już, zacnej pamięci, rejent Jan Markiewicz. Kasyno oficerskie mieściło się przy ul. Tarnogrodzkiej (Kościuszki) na rogu obecnej ul. Wacek-Wasilewskiej. Podczas gier hazardowych w tym kasynie oficerowie carscy niejednokrotnie, kilkusetrublowymi banknotami (piękny koń kosztował wtedy 100 rubli) zapalali cygara. (Podczas II wojny światowej w tymże budynku miało siedzibę gesteapo. Zatorturowano tu wielu patriotów polskich, między innymi mego brata Tadeusza Ludwika, przywiezionego tu rannego w boju pod Osuchami). Za caratu szpital wojskowy mieścił się na rynku w kamienicy Kaminerów. To była bardzo duża kamienica jednopiętrowa, obejmująca od zachodu część rynku, od północy opierająca się o całą długość skweru przykościelnego, zaś od wschodu część od ul. Morowej ( nazwanej tak od moru, który był rzekomo w XVIIIw.), dziś 3 Maja.

Z tym miejscem łączy się pewne zdarzenie. Niemcy podczas okupacji rozbierali spalone domy i cegły z nich używali na budowę więzień. Pewnego dnia przyprowadzili kilkunastu robotników i polecili rozbiórkę kamienicy Kaminerów. Pewien robotnik wykuł zamurowaną pompkę rowerową i gdy mu wypadła z ręki, wysypały się z niej złote monety. Zauważył to dozorujący gestapowiec i odebrał znaleziony skarb.

Odkąd pamiętam Magistrat zatrudniał niewielu pracowników; burmistrza, którym przez 12 lat był Jan Brodowski, wielce zasłużony, szanowany rodowity biłgorajanin. Ceniony był tak przez Polaków jak i Żydów. Cieszył się niesłychaną popularnością, szczególnie wśród biedoty. Następnie sekretarza, księgowego, kasjera i może jeszcze 2-3 pracowników umysłowych. Oczywiście był stróż (nie mówiło się wtedy woźny), który miał obowiązek nie tylko utrzymania porządku w urzędzie i wokół urzędu, ale też podawania wiadomości obywatelom o różnych zarządzeniach władz.

To tak wyglądało: szedł stróż z marsem na twarzy, mając na rzemiennym pasie przymocowany bębenek i pałeczkami bił w niego. Ludność z domów wychodziła ale najprędzej wybiegały dzieci, a ja wśród nich. Gdy, zebrała się pewna liczba osób, zakładał stróż okulary i czytał, "Magistrat miasta Biłgoraja Informuje" ... i tu następowała właściwa treść, a to tycząca szczepienia ospy u dzieci, a to obowiązku meldowania się osób, które po zakończeniu I wojny światowej powracały z Rosji, a to że po ogrodach biega wściekły pies...

Ogrodami nazywano pola leżące na wschód od miasta a półćwiartakami na zachód od cmentarza. Te ogłoszenia podawał stróż w kilku miejscach miasta.

Nad pracą Magistratu czuwała Rada Miejska, w skład której najpierw wchodzili sami Polacy, później też i Żydzi. Naszą rodzinę spotkał ten zaszczyt, że tatuś nasz był radnym od 1908 r. aż do swojej śmierci 16. grudnia 1939r.

Gdy byłam małym dzieckiem, nasze miasto miało tylko 3 ulice wybrukowane, a mianowicie: Tarnogrodzką, do obecnej Kopernika, dalej był piach, następnie ul. Zamojską i Lubelską. Pozostałe ulice nie były wybrukowane. Oświetlenie ulic stanowiły lampy naftowe, przymocowane uchwytem do ścian pod wysuniętymi okapami domów. Tylko rynek miał zabudowę murowaną. Te lampy były najczęściej zlokalizowane na rogach ulic. Pracownik Magistratu chodził przed wieczorem od lampy do lampy, niosąc drabinkę , bańkę z naftą i zapalał lampy. Okap domów chronił je częściowo przed opadami atmosferycznymi. Na ogół miasto tonęło w ciemnościach, Rynek trochę lepiej był oświetlony odblaskiem lamp sklepowych. Oświetlenie elektryczne otrzymało miasto w 1928 roku. Głównym deptakiem spacerowym była ul. Tarnogrodzką i Zamojska. Gdy spotykało się jakieś pary, spacerujące poza tymi ulicami zaczynały się plotki na temat złej reputacji panien.

Żydzi, którzy stanowili 60 procent ogółu ludności - mieli zwyczaj, że w sobotę, po tak zwanym szabasie, wieczorem gremialnie wychodzili na ulice i spacerowali nie tylko chodnikami, ale całą jezdnią. Żadnego ruchu samochodowego nie było. Pierwszy pojazd mechaniczny, który ja zobaczyłam - to był samochód reklamowy, firmy produkującej pastę do butów "Erdal". To była mała furgonetka cała pomalowana na czarno, a na tym tle z dwu stron wozu była wymalowana zielona żaba. Kierowcą był Murzyn. Gdy ten samochód przyjechał do Biłgoraja - to ile dzieci było w mieście - wszystkie i ja z nimi , stałyśmy przy tym samochodzie, czekając, na Murzyna, który wszedł do restauracji Bielakowskich. Ponieważ jakieś dziecko, przemądrzałe sceptycznie podało w wątpliwość, czy to jest prawdziwy Murzyn, oświadczając, że trzeba mu zajrzeć w środek ucha, czy tam też jest czarne. Tak więc, niektóre dzieci stanęły na schodkach prowadzących do restauracji, by mieć lepszą pozycję do zajrzenia w ucho Murzyna. Gdy Murzyn wyszedł, nikt mu nie zdołał zajrzeć do ucha, bo to był mężczyzna mający około 180 cm wzrostu. Auto ruszyło w kierunku Tarnogrodu i wszystkie dzieci biegiem za nim, aż do kościoła św. Jerzego. To był rok 1920.

Tu gdzie mieści się piękny skwer, przy ul. Kopernika, przy budynku byłej elektrowni znajdowało się wielkie bajoro, po którym pływały kaczki i gęsi, bowiem mieszkańcy posiadający obok domy trzymali drób. Dalej w kierunku Puszczy Solskiej, jak okiem sięgnąć znajdowały się piaski, takie jak na plażach nadmorskich z rzadka porośnięte karłowatymi sosenkami. Tylko dwa czy trzy domy i kuźnia pana Bronisława Lęgowicza kończyły miasto.

Stefania Kwiecińska

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: