Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 8/2000
Ojczyzna ci odpłaci żołnierzu
Pewien kapral, jak głosi wieść " prawdziwa lub nieprawdziwa, powiadał do żołnierzy- powstańców "Ojczyzna ci odpłaci żołnierzu, tylko służ jej wiernie". Później w kolejnych latach wojen inni kaprale mówili podobnie do swoich żołnierzy. Kanonier w stanie spoczynku Albert Dargiel, w naszej rozmowie, nie wspomina o czymś takim, wie tylko, że służył Ojczyźnie wiernie, a Ona teraz ... Cóż różne są koleje życiowych dróg.

Niewielkie mieszkanie w jednym z biłgorajskch bloków cały dorobek długiego życia państwa Dargielów, w nim dwoje schorowanych starszych ludzi. Pan Albert cieszy się, że " na klatce" mieszka wyżej pielęgniarka, to i pomoc blisko. Zdrowie szwankuje coraz częściej, w tym roku w szpitalu był już trzy razy. Statystycznie to bywa tam dziewięć - dziesięć razy w roku, najczęściej po interwencji pogotowia ratunkowego. Dzisiaj pan Albert zdaje się kolekcjonować choroby. Dokucza serce, dusi astma, "krzyż" boli do niewytrzymania, no i to co ciągle nie daje o sobie zapomnieć... skutki rany spod Bolonii. Jak to było? Może od początku.

O swoim życiu mówi pan Albert z lekkim wileńskim akcentem, mówi krótko, rzeczowo, szczerze jak ludzie z tamtych stron. Urodził się w czerwcu 1922 roku we wsi Bielowce powiat Brasław województwo wileńskie w rodzinie polskiego chłopa, tam dorastał i uczył się kochać i szanować ziemię, która wydawała mu się polską ziemią. Wojna wtargnęła brutalnie w jego życiorys. 1940 rok, nie wyparł się, że jest Polakiem, za to enkawudziści wywieźli go na wschód, hen za Wołgę. Pierwsze spotkanie z Syberią - Wołochacka Obłast, stacja Szasła nie było na szczęście długie. Niemcy posuwali się w głąb ZSRR - Dargiela uwolniono i nakazano jechać do Taszkientu.

-Nasza rodzinna miejscowość była zajęta przez Niemców. Co miałem robić. Na drogę dali mi 2 kg chleba i 1 kg śledzi, ja to wszystko na raz zjadłem bo byłem bardzo wygłodzony. Dostałem taki kwit na zakup chleba i śledzi. Kupilem kilo chleba i śledzi i to też zjadłem taki byłem głodny. Znalazł się w Saratowie, tam spotkał polskiego żołnierza. Zdziwiłem się skąd on tutaj ? Podchodzę i pytam, a on odpowiada - Przecież w Tatiszczewie organizuje się armia polska! A ja też mogę - pytam. On na to - a dlaczegoż nie, pojedziemy razem! I tak na półce na bagaże a jechałem koleją do polskiego wojska. Przyjechali do Tatiszczewa patrzę, rzeczywiście - jest polskie wojsko. Cały pulk. Przyjęto mnie, choć jaki tam ze mnie był wtedy wojak 37 kg wagi.

Rozpoczął się żołnierski szlak. Zawieziono ich do Uzbekistanu, tam otrzymali angielskie mundury, broń i ekwipunek. Władze ZSRR zamierzały skierować ich pod Stalingrad. Generał Sikorski oponował, Rosjanie ustąpili. Rzeczywiście to nie byli jeszcze żołnierze gotowi do walki - wygłodzeni, wyczerpani. To wojsko musiało się jeszcze szkolić, ćwiczyć, przyzwyczaić do broni.

Dalej droga do Iranu przez Morze Kaspijskie.

- W porcie ustawiliśmy broń w kozły i weszliśmy na statek. . Broń została, później mówiono, że my zabraliśmy broń ze sobą - to nieprawda. Po trzech tygodniach w Iranie wyjechaliśmy do Iraku , miejscowość Kirkuk. Tam odczuliśmy co to Południe. W dzień upały, w nocy bardzo zimno, panowała malaria, zachorowałem. Dalej to Palestyna, stamtąd do Syrii.

Tam odbywaliśmy w górach ćwiczenia. Byliśmy tam dwa miesiące i wyjechali do Egiptu. Stamtąd statkiem do Włoch, miejscowość Taranto. Od razu skierowali nas pod Monte Cassino. tam byłem w artylerii, dlatego może szczęśliwie przeżyłem. Piechota była dziesiątkowana strasznie. Z kompanii zostawało około 40 żołnierzy, reszta zginęła. W artylerii były mniejsze straty. Póżniej trafiliśmy pod Loreto, dalej pod Ankonę, Rawennę, Rimini i nad rzekę Senio pod Bolonię -gdzie skończyła się moja wojna. Jechałem ciężarowym dodgem, nagle nastąpił wybuch. To była ciężka mina, samochód został roztrzaskany, ja jakoś szczęśliwie tylko zostałem ranny w nogę i w klatkę piersiową. Leżałem w szpitalu w Campobas dwa miesiące. Potem wrócił do jednostki i z całą jednostką, to był 5 Kresowy Pułk Artylerii P.Panc. 11 Korpusu, w końcu - wyjechali do Anglii.

Wielka Brytania - tu najczęściej kończyły swój wojenny szlak i jednostki Wojska Polskiego na : Zachodzie. Albert Dargiel spędził tam dwa lata, był kierowcą. Zorganizowano tzw. Korpus ; Robotniczy. Kontrakt w ramach tego korpusu gwarantował prace na najbliższe dwa lata. Nie podpisał, nie chciał u Anglika robić za półdarmo, zraziła go pewna okoliczność.

- Były wykopki, pora paskudna, padał deszcz, musieliśmy zbierać ziemniaki, no to zbieramy. Ja się patrzę a Anglik wsadza na traktor Niemca, jeńca wojennego. To mnie zdenerwowało, bo byłem kierowcy dlaczego mnie nie dali jechać traktorem tylko Niemcowi? To on! lepszy od Polaka! Dlaczego lepiej traktować Niemca - wroga, od Polaka przyjaciela? Po pół roku w tak dalekie, że tu w kraju było jeszcze gorzej niż w Anglii. Dargiela ciągnęło do swoich, w rodzinne strony. To już nie była Polska, to był Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich. Nie przejmował się tym, tam była jego ojcowizna - to było ważniejsze. Po przyjeździe przyszło kolejne rozczarowanie trzeba było wstąpić do kołchozu. Spokoju tam długo nie zaznał i niebawem ponownie wróciła, Przyjechali w nocy rasowi enkawudziści Krótki rozkaz zbierać się, natychmiast. Na pytania prawie nie odpowiadali. Dla "przyzwoitości" odczytali tylko co można ze sobą zabrać. Dargiel poczuł się bezsilny.

- Wprost nie dali mi się ruszyć, zrobić kroku. Nie było dużo czasu. Żona i siostra zebrały co mogły i wyprowadzili nas. Pytaliśmy ciągle - za co? Dlaczego? Co takiego zrobiliśmy? Odpowiedzieli nam wreszcie krótko - na miejscu dowiecie się za co jesteście wywiezieni. Załadowano nas do wagonu towarowego. Razem było nas szesnaście rodzin. To był kwiecień. Warunki w tym wagonie byty trudne do wytrzymania, wprost nieludzkie. Myśleliśmy, że z nami koniec. Dowieźli nas do Usole nad Angorą, później załadowano nas na samochody ciężarowe i zawieźli nas 80 km w głąb tajgi. Tam nas po prostu wypuścili.

Musieliśmy tylko podpisywać taką "listę obecności" raz w miesiącu. Zabrali nam dokumenty, uciec nie sposób. Mieszkaliśmy w barakach, a pracowali w tajdze przy wyrębie drzewa. : Po dwóch latach "awansowałem" na kierowcę, później na ślusarza-miechanika. Tak w zimnie, o głodzie i w okropnych warunkach, przeżyliśmy 6 lat - do śmierci Stalina. Przyszła amnestia. Od razu napisali do Warszawy, do placówki w Irkucku i za jakieś pół roku przyszła decyzja - "oswobodić". Jak teraz wrócić?

Mieliśmy trochę pieniędzy z tzw. "zajmu". To była część lichej zapłaty potrącana na pożyczkę dla państwa, którą nam po oswobodzeniu zwrócono. Złożyliśmy się w trzy rodziny i wynajęli wagon kolejowy, by dojechać do Polski. Dojechali do Białej Podlaskiej. Tu dano nam po 300 złotych. Dalej dojechali do Giżycka i koło Mrągowa we wsi Grabowo objęli gospodarstwo poniemieckie 12 ha. To był rok 1957. Trzeba było wziąć pożyczkę, bo nie było żadnych narzędzi, konia wozu nic. Gospodarka zaczęła się rozwijać, pożyczkę spłacili wszystko szło dobrze, tak gospodarowali 20 lat, aż mnie zdrowie nie pozwoliło. Przyszła choroba, astma zaczęła dusić, płuco pękło. Taki człowiek to już nie do roboty na gospodarce. Zdałem ziemie za rentę i w 1978 roku przyjechaliśmy do Biłgoraja. Renta niewielka, trzeba było coś dorobić. W Szkole Medycznej przepracował 10 lat, w "Jajczarni" 2,5 roku, w Zakładach Metalowych 2,5 roku i teraz na rencie wyjątkowej. Rozgoryczenie pana Alberta wynika stąd, że zakład ubezpieczeń nie chce przyznać mu statusu inwalidy wojennego. Wielokrotne starania i wizyty na komisjach lekarskich nie przynoszą rezultatu. Dargiel nie może zrozumieć dlaczego żołnierz ranny na wojnie, do dziś odczuwający coraz bardziej skutki kontuzji spod Bolonii, nie jest inwalidą wojennym. Rzeczywiście zrozumieć to trudno. W tej sprawie mnoży się korespondencja. Włączył się Zarząd Stowarzyszenia Kombatantów i Osób Represjonowanych, którego interwencje poparł Starosta Biłgorajski. Adresat - Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych jeszcze nie odpowiedział.

Albert Dargiel czeka. Ma już 78 lat, ma też nadzieję, że jego prośba nie pozostanie bez echa. Może gdzieś w Warszawie jakiś życzliwy urzędnik oderwie wzrok od sterty papierów i spróbuje sobie wyobrazić cierpienie rannego żołnierza i nadzieje, z jaką czeka na to, co mu się od Ojczyzny należy. Jak dotąd, stare kapralskie powiedzenie wydaje się być nieznane

"Ojczyzna ci odpłaci, żołnierzu"- oby zdążyła.

Marek J. Szubiak

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: