Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 8/1995
Jak czarne owce cz. XII
Świtało już nad lasem. Piaszczystą drogą toczyła się powoli chłopska furmanka. Siedzący na niej starszy człowiek ćmił skręta patrząc bezmyślnie na kołyszący się łeb siwka.
- Wio stary. wio - mamrotał pod nosem Stasiek. pewno spać ci się chce - zwrócił się do siedzącego obok wyrostka.
- Eee. już nie - odparł chłopak z przejęciem spoglądając na drogę.
- To już tu. za tymi jałowcami! Prrry stary holla! - rzucił półgłosem woźnica i furmanka zatrzymała się.
- Ty Stasiu zostań tu, aż clę zawołam! Daj mi tę płachtę.
Stary podszedł bliżej. Ciało Miry było prawie nagie. pozostała na niej tylko halka. Popatrzył chwilę i zaklął.
- To parszywe złodzieje! Cholera by ich wzięła!...Taka młoda kobieta! Bandyci! Owinął ją w płachtę. Włożyli ciało do drewnianej skrzyni. Stary przybił wieko. - No, Stasiu teraz na furę i na okopisko!
Dzień był ciepły. Powietrze parne jakby zbllżała się burza. Minęło południe. Przed domem Kubiaków zatrzymała się wojskowa ciężarówka. Z szoferki wyskoczył Klinken.
- Danke! - rzucił szoferowi zatrzaskując drzwi.
W domu duży pokój. gdzie mieszkała Helga, zastał pusty. Na stole obok flakonu z uschniętym Jaśminem leżała kartka papieru. ..Ja tu jeszcze wrócę. Helga". Zmiął kartkę i rzucił na ziemię. Dotknął jeszcze stojącej na krawędzi pękniętej szklanki. Rozpadła się na dwie części. "Taki bałagan" - pomyślał' - ..chyba stłukę tego leniwego Żyda. gdzie on jest?" W swoim pokoju położył się na łóżku. Zapalił papierosa. Przeglądał przywiezione z Lublina dokumenty. Długo wpatrywał się w zdjęcie Miry wklejone do paszportu. Co ona na to powie? Wyjazd za siedem dni. pani Adenberg. Proszę się ubrać i do Konstancy. Jak się wtedy zachowa?" - Zobaczymy ˇto - powiedział do siebie z radością.
Szybko włożył marynarkę i kapelusz. Szedł jak zwykle przez łąki szybko. po żołniersku. Chatka Seweryna była zamknięta na kłódkę. Usiadł na ławce koło drzwi. "Dlaczego nikogo nie ma". Zamyślił się i powoli zamykał oczy. Drzemał niespokojnie. W sennych marach widział idiotyczne uśmiechy Fritza i Georga. uciekającą gdzieś po pustyni sylwetkę Franca Jodera, Helgę wchodzącą po wysokich białych~ schodach z kartką papieru w dłoni. Po każdym kroku zostawał krwawy ślad. Później wojna, dym, wybuchy pocisków, głośny rozkaz - vorwarts, vorwarts! Schnell! Schnell! Oślepiający błysk światła i cisza...
Hymm! Hymm! - usłyszał w półśnie jakieś chrząknięcia. Otworzył oczy, otrząsnął się. Przed nim stał Szyja z odkrytą głową.
- To ja! Powitać szanownego pana. Ja nie chciałem szanownemu panu przeszkadzać. ale tak pan kręcił głową. że ja czułem, że panu się coś złego śni. Wtedy lepiej się obudzić - Żyd uśmiechnął się.
- Wreszcie jesteś! Gdzie u diabła się wałęsasz? Gdzie pani Mira?
- Pani Mira... e...ee.. pani Mira... - Powiedz wreszcie gdzie poszła?
- Ja... nie wiem, proszę pana - wydusił z siebie Szyja. szeroko otwierając oczy.
- Nie powiedziała kiedy wróci? - pytał dalej Klinken i nie zwracając uwagi na żyda. otrzepywał ubranie.
- Najlepiej będzie, z przeproszeniem, jak pan pójdzie do domu, a kiedy ona wróci ja szybko szanownemu panu dam znać - zagadywał Szyja.
- Nie! Pójdziesz ze mną! Tam trzeba posprzątać... po mojej żonie!
Po drodze Klinken wstąpił do tartaku. Było już późne popołudnie kiedy wrócił. Na podwórzu spotkał starszą Kubiakową. Szyja niósł jej wiadra z wodą.
- Dzień dobry pani! Co u państwa nowego?
- No cóż, u nas to nic takiego. Ale chciałem z panem porozmawiać. - To proszę do środka!
Usiedli przy stole. Klinken zapalił papierosa.
- Przepraszam, nie przeszkadza pani. że palę?
- Nie. Widzi pan wydarzyło się straszne nieszczęście. Jestem tu, bo chcę panu powiedzieć...
- Wiem! Przeciwnie. to jest wielkie szczęście. pani Kubiakowa, że to co się nazywa moją żoną wreszcie wyjechało! Ha... hhahha! - roześmiał się Klinken.
- Nie panie Klinken. Tu chodzi o Mirę... Klinken zamilkł.
- Co Mira? - spojrzał przenikliwie na Kubiakową.
- Spóźnił się pan o jeden dzień, ale jest pan mężczyzną, żołnierzem, pan zrozumie... Mira nie żyje - powiedziała ze smutkiem.
- Cooo! Co! Co mówisz kobieto! - Klinken zerwał się z krzesła, chwycił za ramiona Kubiakową. Zbladł. Ręce jego zaczęły drżeć i odruchowo nią potrząsał.
- To nieprawda! To niemożliwe! Co mi mówisz! - Wykrzykiwał chaotycznie.
- To prawda! Tak mi żal panie Klinken. To przecież byli pańscy przyjaciele z gestapo... Proszę mnie puścić - mówiła cicho.
- Jak to się stało? Jak... gdzie? Mów pani! Co z nią? Gdzie ona jest! - wykrzykiwał dalej.
- Na Rapach w lasku. tam...
Puścił Kubiakową. Dłonie przycisnął do twarzy. Stał tak przez moment.
- Szyja! Szyja! - Krzyknął nagle i ruszył do drzwi - pojedziesz ze mną!
Pobiegł do tartaku, po stojące tam auto. Za kilka minut byli na Rapach.
- W którym miejscu? - zapytał zwaintając.
- Ja... ja nie wiem. panie - wyjąkał przerażony Szyja - trzeba by zapytać takiego jednego co ją... pochował.
- To... ona już... - powiedział cicho Klinken. Jechali powoli. Minęli dwa jałowce rosnące obok ścieżki i nagle Klinken zahamował.
Wyszedł z samochodu. Ogarnęła go niezwykła leśna cisza. Przeszedł parę kroków patrząc na ścieżkę. Zatrzymał się. Pochylił głowę. Stał tak przez chwilę i powoli zaczął klękać. Skulił się głęboko aż twarzą dotknął ziemi. Wtedy uderzył o nią dłońmi. rwał ją garściami wydając z siebie głośne. przerywane jęki. Palce wbijał w twardy piasek. w kolczaste zarośla. szarpał Je. targał, rozrzucał i jęczał bez końca. Aż skurczył się z bólu i tylko rytmiczne konwulsje wstrząsające jego ciałem dawały znak. że żyje. Tak płakał. Żal swój zostawiał tam. gdzie wsiąkła jej krew.
Żyd wzruszony tym zbliżył się teraz.
Panie Klinken. to już nie pomoże... nie pomoże... nie trzeba - mówił szeptem. ostrożnie.
Ciemno już było w lesie i tylko światło księżyca rozjaśniało drogę. Wracali w milczeniu. bez świateł. bardzo wolno aby jak najmniej warkotem zakłócać spokój tej nocy. Dopiero przed Biłgorajem Klinken zapalił światła i przyśpieszył. Przyjechali pod domek Seweryna.
Zabrał drobiazgi i pamiątki, które pozostawiła tam Mira. Na pożegnanie podał Żydowi rękę, uścisnął mocno i bez słowa wyszedł. W domu nie zapalał świateł. siedział przy stole. Księżycowy odblask oświetlał leżące w otwartym, czarnym. drewnianym futerale skrzypce. Delikatnie dotykał ich strun jakby szukając śladu dotyku jej palców. Znowu poczuł ból ogarniający go coraz mocniej.
Wyprostował się nagle. uniósł ręce do góry i zawył jak oszalałe dzikie zwierzę.
- Nieeee!........Nieeee! Rzucił się na oślep przewracając meble. tłukąc naczynia. Natrafił na pejcz i ciął nim wokoło niszcząc wszystko. Z pokoju do pokoju wpadał łamiąc krzesła. przewracając kwiaty. stoliki. Z trzaskiem pękaty drzwi szafy. Od uderzeń pejczem wylatywały rozbite szyby z okien. na podłogach rozpadały się talerze. szklanki. miski, obrazy spadające ze ścian. Ciągle krzyczał - Niee! Nieee!... Zatrzymał się przed lustrem. Zapalił światło. Patrzył na siebie jak powoli staje się odrętwiały, bezsilny... przegrany. Nie uchronił Jej. Nie wygrał z przeznaczeniem. Widział zakrwawioną, skrzywioną bólem twarz, błyszczące od łez oczy. podartą koszulę i zwisające. bezsilne, pokaleczone ręce.
- Boże! - wycedził przez zaciśnięte zęby - Dlaczego?
Wziął futerał ze skrzypcami, tak jak kiedyś ją brał na ręce. postawił na stole.
Usiadł. Sięgnął po leżące w szufladzie parabellum. Drugą ręką zatrzasnął wieko futerału aż z wewnątrz wydobył się dźwięk przeraźliwy, drgający jakby pękły wszystkie struny. Podniósł do góry pistolet.
- Nie! Niech pan tego nie robi! Panie Klinkenl Ja proszę
Odwrócił się, w drzwiach stał Szyja.
- Ty? Tutaj?... Jak jej pilnowałeś, że... mówił cicho Klinken celując do żyda.
- Niech pan tego nie robi - powtórzył spokojnie Szyja - minie może pan zabić i tak niedługo umrę. Jej to nie pomoże, jej już nic nie pomoże, cokolwiek pan zrobi - mówiąc to zbliżał się z wolna do HIinkena.
- Szkoda żeby pan tak odszedł. Przecież jest pan człowiekiem, nie gestapowcem... Nie można tak... Pan mi to da... to nie jest potrzebne - mówił spokojnie, powoli wyciągając rękę. Lekko ujął lufę pistoletu. Klinken puścił broń. Szyja usiadł naprzeciw niego. patrzyli na siebie długo w milczeniu.
Świtało już, kiedy ocknął się jakby ze snu. Umył się. Włożył nową koszulę, mundur, zapiął pas z pistoletem. Szyja przyniósł małą walizkę, do której Klinken włożył swoje osobiste drobiazgi, dokumenty i pamiątki po Mirze. Nacisnął czapkę. W tym czasie przed dom podjechał czarny opel. Streit z żandarmem weszli do pokoju.
- Helmut, proszę o broń - powiedział podchodząc do Klinkena.
Klinken oddał pistolet bez słowa, wziął walizkę i podszedł do stojącego w kącie Szyi.
- Żegnaj stary - powiedział cicho i poklepał go lekko po plecach. Już zza szyby odjeżdżającego samochodu patrzył na dom Kubiaków, zamarły, opuszczony. Tylko wiatr w nim, przez wybite szyby powiewał białymi firankami. Patrzył aż do końca, aż dom zniknął za zakrętem.
- Helmut - przerwał milczenie Streit - co teraz zrobisz?
- Chcę na front wschodni.

M. J. Szubiak

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: