Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 8/1996
Dzieci Zamojszczyzny - cz. IV - wspomnienia z czasów okupacji
Dzień odbioru dzieci wyznaczono (nie pamiętam 12 czy 15 lipca 1943) w niedzielę na godz. jedenastą, gdyż był to dzień, w którym nie odbywały się przesłuchania ani wywózki zatrzymanych. O godz. dziesiątej cały nasz sztab był na wyznaczonych posterunkach. Transport dzieci był zapewniony czterema wozami drabiniastymi wymoszczonymi suto słomą, do każdego pojazdu przydzielono dwie pielęgniarki. Sześć pielęgniarek, w białych fartuchach, przydzielono do odbioru dzieci, w tym moja żona, oraz trzy osoby z listami do prowadzenia ewidencji. Przed jedenastą cała grupa operacyjna była przed bramą obozu, w którym panowało pewne podniecenie. Po krótkiej chwili z kamienicy znajdującej się po drugiej stronie szosy wysypała się grupa mundurowych SS-manów z komendantem Hahn'em na czele i skierowała do nas. Po powitaniu komendant Hann powiedział do mnie jakby z ironią: "a co będzie jeśli rodziny nie będą chciały oddać dzieci, dopiero się uśmiejemy!" Całkiem spokojnie odpowiedziałem, że nie powinni się obawiać, gdyż dobrze rozumieją, że warunki obozowe nie są właściwe dla tych maluchów. Po uzgodnieniu z władzami obozu naszego planu działania przy przyjmowaniu dzieci, komendant kazał otworzyć bramę dzielącą plac obozowy od sektora w którym przetrzymywano nieszczęsnych wysiedlonych. - Przed nami stało kilkaset osób - niewiast, mężczyzn i dzieci różnego wieku, wszyscy wynędzniali, brudni, z malującym się na twarzach wyrazem rozpaczy -pytania - niepokoju.

Moment był decydujący postąpiłem kilka kroków naprzód i jak mogłem najdonośniej oznajmiłem wszystkim tym biedakom, że na skutek starań Polskiego Komitetu Opieki władze niemieckie zgodziły się na wydanie dzieci miejscowemu Komitetowi Opieki, ponieważ warunki obozowe i szerzące się choroby są zabójcze dla tych maleństw, co sami rodzice mogą stwierdzić. Komitet miejscowy, na którego czele stoi proboszcz Stanisław Szepietowski oraz ja jako delegat Rady Opiekuńczej, jak i wielu ludzi poważnych, gwarantuje rodzicom, że dzieci będą pod należytą opieką do czasu odebrania ich przez rodziców lub osoby upoważnione. W imię zdrowia i życia tych malców wzywam wszystkich posiadających na terenie obozu dzieci, szczególnie małe i chore, by nie mieli żadnych obaw, gdyż Komitet Opieki w Zwierzyńcu będzie dbał o jak najlepsze warunki. Dla dobra tych najmniejszych liczę, że rodzice zgodzą się na tę, może niedługą, rozłąkę i zawierzą nam swoje pociechy. - Taka mniej więcej była treść mojej przemowy, którą stosunkowo dobrze pamiętam, chodziło o zgrabne ujęcie, by wzbudzić zaufanie, a nie urazić Niemców stojących obok, z których wielu mówiło po polsku. Zakończyłem tę przemowę dość mocno od serca i spojrzałem na zmaltretowany tłum - i o zgrozo - nikt się nie ruszył! Patrzyli tępo na mnie, na Niemców stojących obok, minuty mijały jak ołowiane. Kilka matek z dziećmi na rękach stojących w przedzie jakby mocniej przycisnęły swoje pociechy i zaległa głucha cisza. Stojący opodal komendant obozu Hahn odezwał się do mnie: "a co, nie mówiłem, że mogą być trudności, bo nie będą chcieli oddać dzieci! Wolą je trzymać na poniewierkę ci głupcy!" Nie odpowiedziałem ani słowem, jedynie zbliżywszy się jeszcze nieco do tych biedaków, raz jeszcze zabrałem głos, wzywając ich w imię tych najmniejszych, za których oni ponoszą odpowiedzialność, by się zastanowili i zawierzyli nam, Polakom. Jeśli mają jakieś pytania, czy wątpliwości my wyjaśnimy. Nie miałem upoważnienia do prowadzenia rozmów z więźniami, ale nikt z Niemców nie oponował.

Może intonacja mego głosu, może to, że na przedzie dojrzałem dwie niewiasty o znanych mi twarzach, które zapytały czy na pewno dzieci będą jedynie pod naszą opieką i czy mogą dać znać swoim krewnym zamieszkałym w jakiejś miejscowości, by przyjechali odebrać dzieci. Rozwiałem wszelkie wątpliwości tej kobiety i wtedy jedna podeszła do stolika, by złożyć potrzebne wyjaśnienia i oddać dziecko. To był początek, za nią poszła druga i trzecia. Kamień spadł mi z serca, gdyż wiedziałem, że akcja pójdzie dalej, gdy te pierwsze powrócą do swoich towarzyszek, powtórzą drobne uwagi, które podały im panie przy rejestracji. Zaufanie do naszej akcji wzrośnie i nie będzie więcej oporów. Nie omyliłem się, gdyż po oddaniu dzieci przez pierwsze kobiety, które zlane łzami wprawdzie wracały za druty, wiedziałem jak po wmieszaniu się w tłum zostały obstąpione przez grupki ludzi, którym się zwierzały. Po mniej więcej pół godziny utworzył się nawet ogonek matek, a czasem i ojców, już nie tylko z niemowlętami, ale i kilkuletnimi dziećmi. Przy tych starszych zaczęli ingerować SS-mani, badając czy aby wiek dzieci nie przekracza sześciu lat, co zresztą było trudne do stwierdzenia, gdyż prawie nikt z nieszczęśliwych ludzi nie zabrał z domu swoich dowodów osobistych czy metryk.

Uspokojony, że akcja idzie normalnym trybem, a z kolei obawiając się zbytnich kontroli wieku, zwróciłem się do komendanta Hahna z pytaniem, czy mamy bardzo rygorystycznie traktować granice wieku dzieci, bo przecież niektóre starsze (ponad 6 lat) często wymagają opieki gdy są chore. Otrzymałem odpowiedź, że on wychodzi do innych zajęć i zostawia tu trzech swoich ludzi, którzy będą kontrolować do końca całą akcję, ale nie będą się mieszać zbytnio do pracy ewidencyjnej. Natomiast przykazał mi, by dzieci, a szczególnie chłopców ponad 14 lat pod żadnym pozorem nie odbierać, - "chyba, że jest bardzo chory", dodał na odchodnem. Było to zrozumiałe, a dla nas był to pierwszy moment. kiedy przekazany koniak i wędliny oddały naprawdę wielką przysługę.

Odjechałem do łaźni, by sprawdzić czy na tamtym odcinku wszystko idzie sprawnie i trzeba przyznać, że wszystkie panie łącznie z jedną fachową pielęgniarką, jak również lekarze badający taśmowo -ale dokładnie - pracowali na cztery ręce. Dzieciaki i niemowlęta po umyciu i przebraniu w czystą bieliznę wyglądały już inaczej i nawet początkowe płacze prawie ustały. Po lekarskich badaniach kierowano je albo do jednego ze szpitali w zależności od choroby, by się nawzajem nie pozarażaly, albo zdrowe dzieci do ochronki.

Akcja na terenie obozu trwała tego dnia do około siedemnastej, gdyż w miarę upływu czasu coraz starsze dzieci przedstawiano do ewidencji, co znowu stwarzało problemy z SS-manami, bo o każde prawie starsze trzeba było się wykłócać, tłumaczyć chorobą i bardzo słabym stanem zdrowia. O ile pamiętam, (niestety moje notatki spisane na żywo przepadły), liczba dzieci odebranych tego dnia wynosiła około 350 wyrwanych z piekła obozowego maluchów. Na taką ilość lekarze, mimo wszelkich wysiłków, nie uratowali jedynie dwojga niemowlaków, które zmarły w ciągu dwóch dni, trzeba przyznać, że oddano je właściwie pół żywe na skutek dezynterii.

W kilku zdaniach mogę powiedzieć o losie przejętych przez nas malców: na skutek ogłoszeń w parafiach w ciągu dwóch, do trzech tygodni ponad jedną trzecią odebrali krewni, do których były skierowane, prócz tego wiele osób zgłosiło się dobrowolnie i zabrało dzieci na wychowanie do czasu odebrania ich przez rodziców. Po przeszło pól roku w ochronce było jeszcze około sześćdziesięcioro dzieci, które zdrowe i wesołe wychowywały się oczekując na rodziców czy krewnych.

Na zakończenie tych smutnych, ale i pięknych, wspomnień dodam, że łączna ilość dzieci wyrwanych z obozu zwierzynieckiego w drugim terminie oraz przed całkowitą likwidacją obozu wynosiła grubo ponad 400 maluchów.

Dodam jednocześnie, że dopiero w parę miesięcy później, gdy dwóch czy trzech zbiegów z konwoju (lub zwolnionych przez Niemców - nie pamiętam tego szczegółu) przybyło do mnie, by się dowiedzieć o losie swoich pociech, w czasie rozmowy wyszło na jaw, że niektórzy SS-mani przed dniem odbierania przez Komitet dzieci przeprowadzili cichą propagandę twierdząc, że żadnych warunków utrzymania tych malców nie posiadamy, a ponadto - że Niemcy i tak będą mogli ich wywieźć do Niemiec. Zrozumiałem wtedy powód wahania się tych biednych poniewieranych ludzi w chwili, gdy mieli powziąć decyzję oddania nam swoich pociech!

W tym miejscu chciałbym złożyć hołd tym wszystkim, ludziom, którzy nie bacząc na niebezpieczeństwo, niepomni na trud, na swoją sytuację materialną, zgłaszali się do pracy w naszej akcji ofiarowywali to co mieli najlepszego, by przyjść z pomocą maltretowanym polskim dzieciom w obozie zwierzynieckim.

Dwie, chyba nawet trzy młode panny, pełniąc odpowiedzialną funkcję pielęgniarek, przy dzieciach w szpitalach chorób zakaźnych, same zapadły bardzo ciężko na te choroby. Wiele pań i panów pracowało dniami i nocami na różnych odcinkach tej odpowiedzialnej misji, która - dzięki takiemu stanowisku ludności i opiece Najwyższego - doprowadziła do uratowania sporej grupki Polskich Dzieci!

Jan Zamoyski

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: