Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 8/1996
Wrzesień jakim go zapamiętałem
Kończył się piękny, słoneczny sierpień a wraz z nim i wakacje. Za kilka dni miał rozpocząć się nowy rok szkolny, tym razem również z moim udziałem - tak przynajmniej myślałem. Niestety, l września rozpoczęła się wojna, której oznaki dotarły i do naszego miasteczka. Przez Biłgoraj zaczęły ciągnąć rzesze uchodźców, niektórzy pieszo, inni wozami konnymi obładowanymi różnym dobytkiem -Później niekończące się sznury samochodów jechały przez wąskie ulice miasta, często zatrzymując się. Wszyscy podążali na południe, w kierunku Puszczy. Pojawiło się też wojsko, które rozlokowało swoje pojazdy i sprzęt na pobliskich skwerach, a także na placu szkolnym i w samej szkole, jak również zajęło kwatery w prywatnych domach. Wielu żołnierzy kwaterowało w naszym domu, na poddaszu, a także w opuszczonych pomieszczeniach poczty mieszczącej się na parterze. Kręciłem się pomiędzy żołnierzami, pijałem żołnierską kawę, próbowałem sucharów, nawiązywałem przejściowe znajomości i przyjaźnie, spełniałem niektóre żołnierskie prośby i czasami jeździłem z żołnierzami w motocyklowej przyczepie. W tydzień później, wczesnym, słonecznym przedpołudniem usłyszałem dotychczas nieznany mi dźwięk, jękliwe, przejmujące buczenie, dochodzące od strony nieba. Zaciągnięto mnie do piwnicy, w której znajdowało się już kilka osób. Przysiadłem pod ścianą oczekując z niepokojem co będzie dalej, jakoż wkrótce dotarły do nas głuche odgłosy detonacji. Okazało się, już po bombardowaniu, że kilka bomb spadło niedaleko od nas, w rejonie szkoły, stojącej około 100 m dalej. Przyczyną tego było najprawdopodobniej stacjonujące w szkole wojsko. Być może pojazdy i sprzęt rozmieszczony w parkach był niewidoczny pod koronami drzew i dlatego ani tutaj, ani na nasz dom nie spadła ani jedna bomba.

Dwa dni później obiegła miasto sensacyjna wiadomość, że wojsko złapało niemieckiego szpiega. Następnego dnia po południu idąc ul. 3-go Maja w kierunku stacji, zobaczyłem nieoczekiwanie jakiegoś człowieka w pobliżu stojącej tam stodoły. Z jego ubioru widać było, że nietutejszy. W pewnym momencie spostrzegł mnie, a jego zachowanie było dla mnie bardzo dziwne, i do tego ulica zupełnie opustoszała, na moment zawahałem się, iść dalej, czy wracać, bądź w razie potrzeby "dać nogę"? Trwało to bardzo krótko i nagle skrzypnęła jakaś furtka, ktoś wyszedł na ulicę. Nieznajomy jakby otrząsnął się z letargu i nagle ruszył wzdłuż stodoły przed siebie, by po kilkunastu krokach skręcić w uliczkę wiodącą do ul. Kościuszki, a ja zawróciłem do domu, i opowiedziałem zdarzenie dziadkowi, a on żołnierzom. Dwóch z nich chwyciło karabiny i wskoczyli do motocykla biorąc mnie ze sobą. Niestety, tego człowieka już nie spotkaliśmy.

Nazajutrz, późnym rankiem, podniesiono alarm, że coś się pali. Zza kościoła wznosiły się kłęby dymu, ktoś dał znać, że to pali się żydowski tartak za św. Janem. Wkrótce i w innych punktach miasta zaczęło się palić. Po niedługim czasie fala pożaru ogarnęła całą północną część miasta. Płonęła dzisiejsza ulica Zamojska od św. Jana, część Przemysłowej, kościół wraz z zabudowaniami plebani!, część ul.3-go Maja, Kościuszki, cały rynek l okoliczne uliczki, ul. Lubelska i część
Nadstawnej. Na bezchmurnym niebie świeciło słońce a dokoła szalała pożoga, wydawało się, że pochłania cale miasto. Późnym popołudniem fala ognia była już zaledwie kilkadziesiąt metrów od naszego domu. Straszny był widok nieposkromionego żywiołu, bezładna bieganina przerażonych ludzi, rozpacz l panika. Opustoszałe po wojsku skwery teraz zapełnione były różnego rodzaju dobytkiem wynoszonym z domów. Mój dziadek biegający pośród ludzi i próbujący uśmierzyć panikę w pewnym momencie chwycił za poły chałata pierwszego z brzegu Żyda i krzyczał jak najgłośniej, by dotarło to i do innych: "idź i pilnuj swojego domu, bo kiedy ty tutaj będziesz lamentował, tam ktoś twój dom podpali i spłonie tak jak i tamte." Trzeba było jeszcze kilku takich interwencji, ale w końcu okazało się to skuteczne. Ludzie powrócili do domów, zajęli miejsca przy bramach i furtkach, tylko niewielka ich część pozostała w parkach, by pilnować wystawionego mienia. Długo jeszcze płonęło miasto nim ogień przestał się dalej rozprzestrzeniać. Granica ognia ustabilizowała się z mniejszymi lub większymi odchyleniami na linii zabudowań plebani! małego kościółka i piekarni przy Kościuszki, a przy Nadstawnej do zabudowań pp. Chrząstowsklch. Wielu ludzi nie spało tej nocy. Następnego dnia wczesnym rankiem wyszliśmy z dziadkiem na miasto, przygnębiający widok, poprzewracane, spalone słupy telefoniczne, wypalone czerepy nielicznych murowanych domów i las sterczących kominów, pozostałych na ogromnym pogorzelisku. Ulice zawalone gruzem, na rynku ruiny "hali" targowej i ratusza, spalone kopuły wież kościoła, wypalone wnętrze, spalony ołtarz, a obok budynek plebani!, dymiące zgliszcza i swąd spalenizny. Jedynie u wylotu dzisiejszej ul. Długiej, która wówczas była zwykłą polną drożyną, niczym oaza zachowała się grupa zabudowań, gdzie mieszkał nadleśniczy Muller a także budynki nadleśnictwa.

Po pożarze w naszym domu zaludniło się jeszcze bardziej, przybyli do nas i pogorzelcy i tacy, których dom wprawdzie nie spłonął, ale teraz stojący samotnie na odludziu budził trwogę w ten wojenny czas.

Nie ostygły jeszcze dobrze zgliszcza, kiedy nastąpiło ponowne bombardowanie Biłgoraja. Tym jednak razem nalot zastał nas w ogrodach. Położyliśmy się w bruzdach pomiędzy kartoflami i obserwowali niebo, po którym przesuwały się czarne punkty samolotów - i znowu niepokojący, jękliwie-buczący ich dźwięk.

Dzień lub dwa później od strony Puszczy zaczęły dochodzić nas odgłosy kanonady, która w miarę upływu dnia potężniała, a po zapadnięciu zmroku zaczęła ukazywać się czerwień luny. Tym razem, jak się okazało, płonęła Puszcza Solska, gdzie prawie cały dzień trwała bitwa.
Nazajutrz rano do Biłgoraja wkroczyli Niemcy. Nie wiem dlaczego zaskoczyło mnie to, że wmaszerowall od strony Puszczy, a powinni byli wkroczyć od strony Frampola albo Zwierzyńca, ale oni weszli akurat od południa. Jeszcze tego dnia nie budzili we mnie grozy,a jedynie zaciekawienie, byli w większości młodzi ale tacy Inni od naszych polskich żołnierzy, w szarozielonych mundurach, ciężkich hełmach, i takich dziwnie szerokich butach z cholewami. Jednak już następnego dnia poznałem Ich lepiej. Późnym popołudniem, stojąc przed domem zauważyłem zbliżający się sprężystym krokiem oddział Niemców, może nawet tych samych co wczoraj? Kiedy zbliżyli się do budynku poczty, czyli  tam gdzie mieszkałem, zatrzymali się i rozbiegli po kilku do okolicznych domów, a czterech lub pięciu weszło na nasze podwórko. Pobiegłem za nimi i dostrzegłem dziadka wychodzącego z piwnicy. Jeden z żołnierzy podbiegłszy do niego chwycił za pierś, coś powiedział a następnie uderzył w twarz. Z rozciętych ust dziadka spływała strużka krwi, krzyknąłem głośno, podbiegłem do dziadka i chwyciwszy jego rękę przytuliłem się do niej. Inny Niemiec coś krzyknął do pierwszego, a tamten już zamierzywszy się poniechał ponownego uderzenia i opuścił podniesioną rękę. Popychając dziadka żołnierze wprowadzili nas do mieszkania, zaczęli się po nim rozglądać, zaglądać do różnych schowków i zakamarków, szafek, wreszcie spostrzegłszy solidnej budowy kufer zaczęli go wypróżniać. Patrząc na to dziadek stal spokojny i opanowany, lecz bladość ogarniała jego twarz - wiedziałem dlaczego - w kufrze na dnie, pod ostatnią wkładką leżały od niepamiętnych czasów dwa rewolwery i wiele naboi. Widocznie jednak szperający uznał wkładkę za dno i w ostatniej chwili zrezygnował z dalszych poszukiwań. Na pożegnanie zerwali jeszcze tablicę z orłem przymocowaną nad wejściem do poczty.

Pod koniec września do Biłgoraja wkroczyli inni żołnierze, mowę mieli również obcą ale bardziej zrozumiałą, mundury także inne, a na głowach dziwne czapki z dużymi czerwonymi gwiazdami. Po ulicach konno poruszała się orkiestra grając różne melodie, najczęściej marszowe, a w różnych punktach zatrzymywały się ich wojskowe samochody, z których najpierw ktoś przemawiał do gromadzących się wokół ludzi -Żydów i Polaków - a później rozdawano śledzie, na które chętnych nie brakowało. Po kilku dniach Rosjanie odeszli a ponownie powrócili Niemcy, tym razem na długo, aż do lipca 1944 roku, tymczasem zaś był to początek października 1939 r.

Tymi samymi drogami, którymi wcześniej podążali uciekinierzy teraz zaczęły maszerować długie kolumny wziętych do niewoli polskich żołnierzy. Skończyła się słoneczna pogoda, zaczął się czas słot i chłodów, a oni byli różnie ubrani, niektórzy w płaszczach inni tylko w mundurach, nieraz obandażowani, zapewne ranni. Ludzie pomagali im jak mogli, podawali chleb, papierosy, i to co mieli.

Mój pierwszy nowy rok szkolny rozpoczął się więc w innym terminie, ale to już zupełnie inna historia.

Ryszard Zlamański

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: