Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 8/1997
Carski sitarz cz. II
To, o czym opowiadali starsi, przerosło wyobrażenia chłopca, który wjechał do stolicy Rosji. Ruch, kolory, ilość tłoczących się ludzi zapierało dech.

- Trzymaj się mocno Antek! - krzyczał ojciec. - Nigdzie nie odchodzę. Pilnuj się nas! - Te słowa ledwie dolatywały do uszu chłopca. Suszone łososie, świeże szczupaki ogromnych rozmiarów, kawior, kolorowe tkaniny, dziwne stroje kupców wypełniały oczy Antka. Prawie niczego nie rozumiał z tego, co mówili ci ludzie. Żydzi, Ormianie, Tatarzy i jeszcze wiele innych nacji wypełniało szczelnie ulice wielkiego miasta. Antek uczył się w czasie podróży języka Rosjan, ale tutaj wydawał się jakby niepotrzebny. Tutaj przyda się nasz język sitarski, okrętnik tylko, myślał Antek.

W Moskwie byli już tydzień. Handlowali. Szukali  starych znajomych kupców, aby odnowić wcześniejsze umowy. Codziennie rozkładali stragany i zachwalali swój towar. Zostało go trochę jeszcze. Chociaż ruch nie ustawał to wszyscy biłgorajscy sitarze czekali na jarmark, który miał nadejść z końcem lipca.

Wreszcie nadszedł oczekiwany dzień. Już nocą rozstawiono stragany. Antek spał jeszcze na wozie, gdy pierwsi kupujący zaczęli napływać całym tłumem na ogromny plac pod murami Moskwy. Wrzask, hałas, śmiechy, brzęczące bałałajki, rżenie koni, gdakanie, pisk świń ogarniało targujących. Chłopak nawet nie zauważył, kiedy ojciec odszedł od straganu. Pochłonięty jakąś sprawą, zagadał się z jakimś kupcem i poszedł chyba do pobliskiego szynku. Został sam. Sprzedał jedno sito. Nagle podniósł się jeszcze większy gwar. Jakiś tumult zbliżał się od strony bramy miejskiej. Kupujący rozstępowali się w popłochu. Chłopak z daleka słyszał donośny głos: Kto ma sita?! Kto handluje sitami?! Widać wskazano drogę, bo przed oczami Antka stanęła drużyna żołnierzy, a przed nich wyszedł jakiś ogromny, bogato odziany z brodą dostojnik i zaczął krzyczeć:

- Dawaj wszystkie sita jakie masz, młokosie! Zapłacę jak należy. -W tej chwili dał znak ręką dla żołnierzy, a ci zaczęli zabierać oniemiałemu Antkowi towar. - Mów, ile się należy. Ile było tych sit? - Krzyczał. - A, juści, sto. - Odparł oniemiały z przerażenia Antek. I zanim się obejrzał stał się posiadaczem ciężkiego mieszka wypełnionego złotymi rublami. Wszystko stało się tak szybko i w takiej dziwnej ciszy, że Antek stał, jak wryty przez dłuższy czas. Dopiero obudziły go z letargu brawa i gwizdy, kiedy żołnierze znaleźli się już w bramie. Do pustego straganu podchodzili kupcy i różnymi językami zaczaił gratulować chłopcu takiego targu. Chłopak dopiero teraz rozumiał powoli, że stał się cud. Tę liczbę, którą wymienił, będzie pamiętał całe życie. Kiedy mówił sto, miał na myśli ilość sit, a nie cenę. Zapłacono mu w trójnasób za towar. Bezmyślny, wściekły na coś kupiec przepłacił za towar. Antek się cieszył. Po chwili zjawił się ojciec i teraz mogli wspólnie radować się z nieoczekiwanej transakcji. Nie mieli już towaru. Pusty stragan jakoś dziwnie wyglądał, ale nie żal im przecież było takiego widoku. Zaczęli powoli wśród żartów składać swoje stojaki. Antek głęboko za pazuchę schował sakiewkę i już rozmyślał jak wyda nieoczekiwany zarobek.

Myślał, że podróż już się dla niego skończyła, że przyjdzie teraz spiesznie wracać do domu. Tak jednak się nie stało. Kiedy konie już rżały zaprzęgnięte do pustego wozu, zjawił się dziwny człowieczyna i zaczął się rozpytywać o onego kupczyka, który niedawno sprzedał sita żołnierzom. Antek się przestraszył, że odbiorą mu jego skarb i już gotował się do ucieczki, gdy ojciec, który rozmawiał z nieznajomym, począł dawać synowi znaki, aby przyszedł. Nieznajomym okazał się pomocnik carskiego kucharza. Opowiedział Antkowi niesłychaną historię o tym jak car złamał sobie ząb na kawałku kamyka, który nieopatrznie znalazł się w chlebie, który spożywał. Kazał powiesić kucharza i najął drugiego. Ten zaraz wysłał na targ po sita, aby nie spotkała go podobna kara. Carski kucharczyk prosił ojca i Antka, aby pozostali w Moskwie jeszcze trochę i zrobili na carski dwór wiele sit, bo car kazał do każdej potrawy używać innego sita w obawie, żeby nie powtórzył się wypadek z kamieniem. Oczywiście kucharczyk obiecał sowite wynagrodzenie.

Dwaj sitarze myśleli krótko. Jeszcze trochę potargowali się o zapłatę i przystali na prośbę carską. Wysłali zaraz umyślnego do Biłgoraja, aby żona gospodarza przysłała im siatki. Czekali ponad miesiąc na dostawę. W tym czasie wyprawili łuby. Było ich tysiąc. Kiedy płócienka dotarty do Moskwy, ojciec i Antek zabrali się do wyrobu sit. Pracowali do późnej jesieni. Kucharz carski był zadowolony z ich pracy. Zapłacił im sowicie za sita i jeszcze dodał suszonych ryb i kawioru na drogę. Sitarze byli szczęśliwi. Mieli pieniądze, dużo pieniędzy o jakich przedtem nawet nie marzyli. Kiedy się żegnali z carskim kucharzem, obiecali, że przyjadą jeszcze do Moskwy za dwa lata.

Podróż do domu była długa. Ale jakże szczęśliwa. Antek mógł kupić wszystko, o czym tylko pomyślał. Wiózł złoto i prezenty dla całej rodziny i ukochanej. Kiedy zimową porą dotarli przed figurkę św. Jana Nepomucena, biłgorajanie byli zdziwieni. Jednak ucztę radosną wyprawiono, jak przystało na sitarzy. Zaprosił Antek na ucztę wszystkich biłgorajskich sitarzy. Kiedy opowiadał o tym, jak prowadził interesy z carem nikt mu nie chciał uwierzyć. Niektórzy posądzali go o konszachty z diabłem, niektórzy zazdrośnie posądzali o rozbój, ale każdy musiał powiedzieć, że wśród sitarzy Antek był najbogatszy.

Tak kończy się legenda o Antku, carskim sitarzu.

Andrzej Czacharowski

Serdecznie dziękuję P.Tomaszowi Brytanowi za udostępnienie mi materiałów, bez których tekst ten nie mógłby powstać. Wiele też pomogła mi praca p. M. Pękalskiego poświęcona historii biłgorajskich sitarzy.

Autor

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: