Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 9/1995
Studenckie kawały cz. II
Wydział Filozoficzny, na którym studiowałem, jak każdy wydział miał wiele materiałów do przerobienia, wiele wykładów i profesorów, a każdy przedmiot u danego profesora jest według niego najważniejszy. Blada temu, który okaże jakieś lekceważenie jego przedmiotu, co Jest równoznaczne z lekceważeniem profesora, który ten przedmiot wykłada. Jednak to nie znaczy, że student jest w ciągłym strachu czy lęku. O nie, ale ma świadomość, że nie można lekceważyć. Ogólnie mówiąc, przy dobrej organizacji czasu ma czas na wszystko, a nawet na rozrywkę, i humorystyczne kawały.

Pośrednikiem między studentami a wychowawcami był dziekan, kolega ze starszego rocznika. W tym czasie dziekanem był mój serdeczny kolega, bardzo gorliwy pod każdym względem, mający bardzo duże zaufanie u księdza wicerektora, głównego stróża porządku wśród studentów. O godzinie 22 miał zwyczaj wychodzić z pokoju drugiego piętra na tzw. wigilację starego i  nowego gmachu, sprawdzając, czy wszystkie światła są pogaszone i czy panuje obowiązkowa cisza jako znak snu studentów.

Tak się złożyło, że zarówno dziekan-kolega Jak też wicerektor mieli na imię Józef. Zbliżał się właśnie dzień ich patrona św. Józefa. Oprócz życzeń całej uczelni z kolegą Janem postanowiliśmy złożyć w prezencie jakiś niewinny kawał, który miałby łączyć tych dwóch solenizantów. Nie była to sprawa łatwa, jako że wyobraźnia nasza była hamowana przez szczegółowy regulamin zabraniający wiele rzeczy. Trzeba było dobrze myśleć, by miarki nie przebrać i nie narazić kogoś i siebie na przykre konsekwencje. Ale jak się myśli to coś się wymyśli. W wigilię św. Józefa, gdy solenizant jako dziekan był bardzo zajęty przygotowaniem akademii Imieninowej wicedyrektora, wzięliśmy z Jego pokoju Jego sutannę i schowaliśmy w swoim pokoju - czytaj numerku, bo tak nazywaliśmy pokoje. Zadanie mieliśmy ułatwione, ponieważ mieszkaliśmy tylko we dwóch w tym samym pokoju. W łazience na szczęście był stojący wieszak, mając sutannę z łatwością mogliśmy zrobić kukłę. A robiliśmy to wszystko w jednej z kabin WC, oczywiście zamykając się od środka. Po wyjściu kolega zrobił stopień ze swych rąk na który wszedłem i zamknąłem zasuwkę od wewnątrz przez otwór nad drzwiami. W ten sposób kabina była zajęta i nikomu nie mogło przyjść do głowy co się tam znajduje.

O godzinie 22, kiedy wicedyrektor z latarką w ręku według zwyczaju wyszedł na tzw. obchody wynieśliśmy kukłę pod drzwi solenizanta. Jakby nigdy nic udawaliśmy się na zasłużony spoczynek.

Rano, jak zwykle po rozmyślaniu, po Mszy św. jesteśmy w tzw. refektarzu tj dużej sali Jadalnej. Według zwyczaju śniadanie było gadane, tzn że można było rozmawiać. Obiad zaś i kolacja czytaną, spożywając posiłek słuchaliśmy lektury książki. Tego dnia pilnie obserwowaliśmy zachowanie solenizanta, ale z jego zachowania wyczuliśmy, że nic nie wie o naszym wyczynie.

Pod koniec śniadania jak zwykle przyszedł ksiądz wicerektor i przekazał informacje do ogłoszenia. Po jego wyjściu solenizant też jak zwykle zaczął klaskać w dłonie dając sygnał do ciszy przed ogłoszeniem. Ostatnie ogłoszenie było tej treści: Koledzy, kto wczoraj zostawił sutannę u ks. wicedyrektora niech się zgłosi po odbiór. Podobne ogłoszenie było na obiedzie tylko z dodatkiem, że w razie nieodebrania sutanny po kolacji będzie w refektarzu wspólne rozpoznanie właściciela sutanny.

Po skończeniu śniadania i wyjściu na korytarz wśród alumnów były różne dyskusje na ten temat,  różne przypuszczenia. Bo nikt nie mógł zrozumieć w Jaki sposób ktoś mógł u wychowawcy zostawić sutannę. Nic więc dziwnego, że każdy z niecierpliwością czekał kolacji, podczas której miała się wyjaśnić zagadka z sutanną.

Tymczasem przed kolacją wicedyrektor wezwał dziekana, by dokonał rozpoznania właściciela tej sutanny. Rumieniec wystąpił na twarzy Józia, gdy zerknął na pokazaną sutannę. Nie dowierzał własnym oczom. Zdawało mu się, że to właśnie jego własność. Z pewnym zmieszaniem poprosił, by mógł jeszcze skoczyć do pokoju i sprawdzić. W drodze przeżywał różne uczucia, ale żywił nadzieję, że się myli, że to niemożliwe aby to była jego sutanna. Kiedy w pokoju otworzył szafę Już nie miął wątpliwości. Sutanny w jego szafie nie było. Ale kto mógł zrobić taki kawał? co sobie pomyśli o mnie wicedyrektor. Był pewny, że przecież wicedyrektor nie posądzi go o taki wyczyn.

W pokoju u księdza wicedyrektora obaj solenizanci jednogłośnie stwierdzili. Tego wyczynu musieli dokonać dwaj koledzy. Ale kto? I na kolacji ku zawiedzeniu wszystkich w ogłoszeniach nie było wzmianki o sutannie.

Ks. Kazimierz Pińciurek

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: