Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 9/1996
Mój profesor
Mojemu pierwszemu nauczycielowi i wielu innym, odsuniętym od Wykonywania swego posłannictwa w okresie stalinowskiej nocy, świadkom "kształcenia" młodzieży polskiej na przyszłych stalinowców co wypełniało ich życie bólem i stało się osobistym dramatem, aż do końca do śmierci w zapomnieniu. poświęcam z wdzięcznością
Kiedy to 9 czerwca pięćdziesiątego pierwszego roku ukończyłem lat sześć, rodzice moi wpadli na nieoczekiwany pomysł skierowania mnie Już we wrześniu na naukę do szkoły podstawowej. Decyzja ta zrodziła się Jak myślę, z wyidealizowanego wyobrażenia o wyjątkowości swojego dziecka, tak naturalnego dla większości rodziców. Przypieczętowała ją taka oto rozmowa .która wydarzyła się w pewne niedzielne popołudnie;
- Widzisz Józiu - mówił pan Wawrzyniec Dyrka do mojego ojca ,przy poobiedniej nalewce - syna masz z pewnością zdolnego, więc szkoda czasu. Biorę go do szkoły !
- Zbliż się tu kawalerze - zwrócił się do mnie pan Dyrka- i powiedz mi co ty tak naprawdę umiesz ?
- Grać w piłkę i jeździć na rowerze! -odpowiedziałem dumnie.
- A kim chciałbyś zostać ?
- Chyba... nie wiem ...
Ponieważ umiejętności moje okazały się niewystarczające, by pójść do szkoły jako dziecko bardzo zdolne, rodzice postanowili przygotować mnie do klasy pierwszej. W tym celu za radą nieocenionego pana dyrektora, poprosili pewnego starszego pana o udzielenie mi cyklu lekcji z zakresu czytania, pisania i rachowania. Pan ów, jak zapewniał pan Dyrka, był przedwojennym profesorem licealnym we Lwowie. Jakość zatem początków mojej edukacji wydawała się być wysoka.
Spotkania nasze odbywały się dwa razy w tygodniu po południu. Zapoznanie było bardzo sympatyczne. Kiedy moja niania sprowadziła mnie z łąki, zamienionej na boisko piłki możnej, ku utrapieniu mojego ojca, zobaczyłem siedzącego już przy stole jegomościa.
- Dzień dobry - wyjąkałem speszony
- Witaj mi młodzieńcze - powiedział profesor , ściskając mnie za rękę.
-Skoro to nasze pierwsze spotkanie, więc muszę ci się przedstawić.
Nazywam się Jan Barwicki*. jestem nauczycielem, w stanie spoczynku, można powiedzieć. Od dziś będziemy przyjaciółmi, prawda?
- Tak - odpowiedziałem , z ciekawością przyglądając się mojemu profesorowi.
Był średniego wzrostu. Szpakowate włosy miał dokładnie uczesane z przedziałkiem, wąsy równo przycięte nad górną wargą. Jasne, pogodne oczy zasłaniały nieco małe dziwne okulary, jakie nosiła kiedyś moja babcia, trzymające się tylko na nosie ze zwisającym z boku cieniutkim rzemykiem zaczepionym gdzieś pod połą marynarki. Później dowiedziałem się, że nazywały się binokle. Po pewnym czasie zauważyłem, że mój profesor jest zawsze ubrany jednakowo - w podniszczony nieco ciemny garnitur w cienkie paski z kamizelką, do którego nosił białą koszulę i szaroniebieski krawat. Dostrzegłem też u mojego profesora lśniące zawsze czystością czarne pantofle, które porównywałem z moimi zabrudzonymi pepegami, nie pojmując zupełnie głębokiej różnicy.
Zaciekawienie moje biegło też ku lasce, z którą nie rozstawał się mój profesor, tak jak i z kapeluszem.
Pierwsza lekcja okazała się zupełnie ciekawym zajęciem. Mój profesor wyjął z teczki kilka książek, kajet ( dziś nazywany zeszytem), ołówek, pióro i kałamarz z atramentem.
- I cóż kawalerze, w imię Boże, zaczynajmy! Obejrzymy sobie tę książkę z obrazkami, to Historia Lewickiego - przypatrz się dobrze i słuchaj!- rozpoczął pan Barwicki. Pokazywał mi inne obrazki z różnych książek l dalej opowiadał...opowiadał . Stawałem się coraz bardziej tym zajęty, pytałem o następne książki z obrazkami, chciałem o nich jeszcze słuchać, gdyż z ust mojego profesora płynęła opowieść jak piękna niekończąca się baśń. Były to opowieści o losach królów, o wojnach, ale też mówił mój profesor o tym czym dla mnie jest mój dom,, rodzice .kościół, moje miasto, o tym jak nazywa się mój kraj i co oznacza słowo Ojczyzna.
Uczyliśmy się wiersza zaczynającego się od pytania;
- Kto ty jesteś ?
- Polak mały! - odpowiadałem.
Już po kilku lekcjach nie trzeba było doprowadzać mnie z boiska do domu. Kiedy o pierwszej po południu przychodził mój profesor - czekałem na niego. Zjadaliśmy razem obiad, a

profesor dostawał jeszcze herbatę. Wypijał łyk i zabieraliśmy się do swoich zajęć przerywanych czasami nieznanym mi rytuałem. Mój profesor wyjmował wtedy z pudełeczka fajkę i mały woreczek. Z ciekawością przyglądałem się jak nabija fajkę tytoniem, a już po chwili nad naszymi głowami unosiły się pierwsze obłoczki dymu, którego zapach bardzo polubiłem.
- Dziś opowiem ci o jednym dzielnym Polaku, jest tu na tym zdjęciu w tej starej czapce z orzełkiem, to ten ma takie duże wąsy. Nazywał się Józef Piłsudski...
- Co też pan opowiada dziecku -przerwała moja niania wchodząc do pokoju - przecież tego nie wolno mówić! Kłopotów sobie pan na głowę naśćiąga! I po co to tyle palić i siedzieć w tym dymie! Okno trzeba otworzyć! Profesor machał wtedy rękami rozpraszając kłęby dymu i powtarzał;
- Zapewne tak!...Zapewne tak!...
- A kto to był ten pan w mundurze, o którym nie wolno mówić ? - pytałem z większą ciekawością.
Profesor przyciszonym nieco głosem opowiadał dalej a wtedy jego opowieść stawała się dla mnie coraz bardziej tajemnicza. Była to już jedna z ostatnich lekcji. Zbliżał się wrzesień.
Niania zdradziła naszą tajemnicę mojemu ojcu. Było to przyczyną rozmowy w cztery oczy ojca z profesorem. Uchyliłem trochę drzwi do pokoju, w którym siedzieli przy stole, przy herbacie;
- Nie chciałbym być źle zrozumiany panie Janie, ale wie pan jakie dziś mamy czasy. Mały pochwali się chłopakom tymi opowiadaniami o Piłsudskim, czy nie daj Boże o sowieckich zbrodniach, dojdzie to do bezpieki i wykończą pana, nas wywloką do łagru. Wie pan co to znaczy. Jeszcze nie pora. Lepiej niech go pan uczy podstawowych rzeczy -mówił ojciec
- Widzi pan, jestem starym belfrem i przez całe życie mówiłem prawdę i moją powinnością jest tej prawdy uczyć. Czy zdaje pan sobie sprawę z krzywdy jaką wyrządzają młodzieży dzisiejsi nauczyciele kłamiąc - mówił spokojnie mój profesor.
W tym czasie dostałem klapsa od niani za podsłuchiwanie pod drzwiami i uciekłem na podwórze. Wspiąłem się do okna ciekawy dalszej rozmowy. Niestety, już jej nie słyszałem, a trwała jeszcze trochę. Widziałem tylko jak na jej zakończenie ojciec wstał wyciągnął rękę do mojego profesora. Trwali tak przez chwilę aż objęli się l coś jeszcze do siebie mówili. Profesor wyszedł.
Kiedy poszedłem do szkoły zapomniałem o moim profesorze i J ego opowiadaniach, opowiadano mi wtedy o radzieckich bohaterach, o traktorzystach, uczyłem się wiersza pt. "Soso" i kołchozowych piosenek.
Po wielu latach kilkakrotnie przywoływałem z pamięci postać mojego profesora , bo nikt Inny nie potrafił mnie uczyć.
Do dziś nie wiem kiedy i gdzie zmarł. Nigdy nie zdążyłem mu podziękować.

Marek J. Szubiak

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: