Miasto | Historia | Kultura | Sport | Miejsca | Edukacja | Prasa | Okolice | Aktualności
 
Prasa
Gazeta "Tanew" 9/1999
Smólsko Duże - Biłgoraj - Afryka
czyli o drodze misyjnej, z ojcem Zenonem Kapką, kapucynem z zakonu Braci Mniejszych Kapucynów w Krakowie, rozmawia Marek J.Szubiak.

Rozmowę udało się przeprowadzić przy okazji pobytu ojca na urlopie, gdzie przebywał w rodzinnym Smólsku k/Biłgoraja,

Co wiąże ojca z Biłgorajem ?
Z Biłgorajem wiążą mnie młode lata, które tutaj spędziłem. Tu ukończyłem Technikum Mecha-niczno - Elektryczne i jestem technikiem elektrykiem. Później po wyjeździe do Krakowa, ukończyłem studia na Papieskiej Akademii Teologicznej. W Biłgoraju nie tylko się uczyłem, uprawiałem sport -wschodnie sztuki walki i udzielałem się w Zespole Tańca Ludowego "Tanew".

Powołanie do służby Bożej a szczególnie ujawnienie tego, to jest ciekawy moment w życiu. Jak to było w przypadku ojca?
Od dawna myślałem o misjach, a samo powołanie to poszukiwanie. Pytałem Boga - jaka jest moja droga? Na początku myślałem oczywiście, że małżeństwo. Później jednak to się bardziej krysta-lizowało. Miałem możliwość, kilka razy, wyjazdu jako młodzieniec, na rekolekcje, przez to bardziej zbliżyłem się do Boga. Więcej zająłem się czytaniem, rozważaniem słowa Bożego i odczytywaniem mojej drogi życiowej.

Czyli, nie było to wynikiem jakiejś nagiej okoliczności, przypadku, który zdecydowałby o tym powołaniu?
Zastanawiałem się, czy to jest na pewno to, ale nie byłem pewien czy to jest powołanie zakonne. Wiele znaczyły te rekolekcje wśród kapucynów w Sędziszowie Małopolskim. Później zacząłem jeździć tam coraz częściej i w końcu regularnie - odczytałem w swojej księdze życia, że to jest to. W tej chwili, gdybym miał wybierać ponownie, to na pewno wybrałbym tę samą drogę i również misje.

Więc właśnie - kiedy zainteresował  się  ojciec misjami?
Już w czasie nowicjatu myślałem o tych misjach, były tylko obawy - czy się nadaję? Czy podołam?. Później była cała formacja - seminarium 6 lat i przed święceniami kapłańskimi jako diakon złożyłem podanie o wyjazd do Afryki na misje. Myślę że, w tym powołaniu misyjnym dużą rolę odgry-wają przełożeni, ale w moim przypadku nie oni mnie skierowali, ale ja sam o to prosiłem. Prośba została przyjęta i jestem już  w Afryce 3 lata.

Czy jest ojciec tam szczęśliwy?
Jestem szczęśliwy i chcę tam wrócić, mój urlop trzymiesięczny się kończy. Jestem w Republice Środkowej Afryki. Afrykanie nazywają ją w języku sango "Beafrica"- serce Afryki. Państwo graniczy na północ z Czadem, obok jest Kongo, Zair, Kamerun.

Tereny te, to miejsca niebezpieczne?
Czasami bywa niebezpiecznie. Zdarza się, że giną misjonarze, osoby świeckie, również giną tubylcy w wojnach domowych i wzajemnych atakach. Myślę, że w tym wszystkim, tych niepokojach, niesnaskach mają swój udział Europejczycy, np. handlujący bronią, prowadzący interwencje polityczne, gospodarcze czy nawet handlowe. Chodzi często o dostęp do tamtejszych surowców, poszukiwanie rynku zbytu i bogacenia się kosztem innych.

Czy ojciec się nie boi?
Nie raz o tym myślałem. Początki pracy misyjnej są jednak bardzo trudne. Inna kultura, język, inni ludzie. Nie tylko kolor skóry nas różni, ale i mentalność i zachowanie w różnych sytuacjach. Jest to trudne szczególnie, gdy na drogach grasują bandy, które napadają na podróżnych. Na szczęście mnie to nie spotkało, ale w wioskach, do których jeżdżę, bywało różnie. Posługę spełniam w 14 wioskach i nie tylko jest to posługa kapłańska, bo trzeba czasem być lekarzem, murarzem, mechanikiem - tu przydało się biłgorajskie technikum, czy wykonawać nieprzewidziane zajęcia. Kilka wiosek, na skutek ataków bandytów, zostało opuszczone, a ludzie przenieśli się w pobliże głównych dróg. Tak było w wiosce, w której część ludzi zginęła po ataku band, które nadal atakują w celach rabunkowych. Ludzie uciekają więc do większych skupisk, gdzie jest bezpieczniej. Pięć lat temu zginął Polak z rąk bandytów . W groźnych sytuacjach powtarzamy sobie - wszystko w rękach Boga. Chyba jakoś inaczej już podchodzę do śmierci. Zawsze jestem jakby przygotowany na taką sytuację i to nie tylko ze strony band, bo zagrożenie jest też ze strony chorób, zupełnie innych niż tutaj, jak; malarie, ameby, różne zatrucia czy infekcje, nie mówiąc już o spotykanych tam na co dzień skorpionach, wężach itp. gadach. Na początku to był strach, jak się wobec tego zachować i umieć żyć tam pośród tych niebezpieczeństw. Z czasem jednak dojrzewa się i z tym oswaja.

Jak się ojciec porozumiewa z tubylcami?
Jest to była kolonia francuska, a więc językiem urzędowym jest francuski, ale językiem narodowym afrykańskim jest sango. Jest to jeden język, mimo że ma około 200 dialektów. W tym języku odbywa się liturgia, sakramenty, katecheza czy spotkania. Tym też językiem z nimi się porozumiewam.

Jaki jest poziom cywilizacji?
Oczywiście nie ma tam takich możliwości jakie mamy w siebie w kraju. Brak jest szkół, dostępu do kultury, nie ma tam dróg asfaltowych, nie ma elektryczności. Przy misji prowadzimy szpital, którego dyrektorem i znakomitym lekarzem jest Włoszka z 30 letnim stażem pracy. Rozbudowała ona służbę zdrowia w ten sposób, że w każdej wiosce jest pielęgniarz, który udzieli doraźnej pomocy. Prowadzimy katolicką szkołę dla dziewcząt. Wypełniamy niektóre zadania państwa i czasami dostajemy za to podziękowania, ale kraj ten jest bardzo skorumpowany. Mimo to uważam, że ludzie są tam pod względem intelektualnym zdolni, z tym że nie mają możliwości kształcenia i rozwoju intelektualnego.

Jakie więc są sposoby oddziaływania na to środowisko?
Najpierw trzeba mówić o naszej posłudze kapłańskiej, bo przecież jesteśmy zakonnikami-kapłanami. W naszej miejscowości Ngaoundaye liczącej około 5000 mieszkańców mamy duży kościół parafialny, jest tam nas dwóch Polaków i dwóch Włochów, z tym , że nasz rodak wyjechał do Polski na leczenie i pozostajemy tam aktualnie we trójkę. Proboszczem jest Włoch, a drugi Włoch zajmuje się kierowaniem centrum rolniczym, w którym uczymy tych ludzi uprawy. Uprawia się tam bawełnę, kukurydzę, proso, orzeszki ziemne. Ziemia jest tam bardzo żyzna i nie wymaga używania nawozów, a wszystko dobrze rośnie. Uczymy ich jak można poprawiać plony, jak lepiej gospodarować. Mamy też sad owocowy, gdzie uczą się sadownictwa. Prowadzimy szkołę dla katechetów, w której nauczanie trwa 9 miesięcy. Kandydaci na katechetów przychodzą z różnych wiosek z żonami i dziećmi, są to oczywiście ludzie ochrzczeni po przyjęciu sakramentu małżeństwa. Odbywa się tu II stopień nauczania. Katecheci spełniają bardzo ważną rolę. My nie jesteśmy w stanie zajmować się wszystkim. W moim przypadku, z 14 miejscowości którymi się opiekuję, najbliższa leży w odległości 4 km a do najdalszej jest około 200 km i gdy tam jadę, to zostaję 2-3 dni. Wśród ludzi spotykamy się z wielką życzliwością, oni czekają na nas. Jest wielka radość, kiedy przyjeżdża do nich misjonarz.

Nie ma już nieufności do białych?
W stosunku do nas tej nieufności nie ma. Może trochę do Francuzów podchodzą z dystansem, choć sam kraj odzyskał niepodległość w latach sześćdziesiątych. Misjonarz to jednak człowiek, który im pomaga w życiu, szczególnie w trudnych sytuacjach.

Jaka jest skuteczność misji? Czy można to przeliczyć w stosunku do ogółu ludności?
Tu należałoby wspomnieć o przybyciu tutaj przed 105 laty pierwszych misjonarzy, byli to Francuzi. Szybko umierali, nawet po kilku miesiącach. Przyjeżdżali następni i tak dalej. Wcześniej byli tu protestanci. Teraz liczba katolików i protestantów jest mniej więcej równa. Oczywiście, wśród ludności są jeszcze poganie, którzy wyznają swoich bogów, są to religie animistyczne, ludzie wierzą w duchy swoich zmarłych, których jeszcze nie tak dawno grzebali obok swoich domów, co miało im zapewnić między innymi ich opiekę. Procentowo to około 20-30% chrześcijan, to jest skutek 100 letniej misji, a misjonarz musi się liczyć z tym, że te owoce nie przychodzą za jego życia.

Czy to daje satysfakcję?
Cieszę się to wspólnotą, tym Kościołem, jestem z nimi i widzę te owoce. Widzę też, że przyszli na to spotkanie ze mną, na Mszę św. czy na rozmowę. Wszystko wygląda bardzo ładnie a niekiedy dowiaduję się o pewnych problemach, gdy np. ochrzczony katolik bierze sobie drugą żonę. Tam jest taka tradycja zakorzeniona w obyczajach i oni do tego czasami wracają. To nie jest dla nich problemem, że taki mężczyzna kupuje sobie drugą, czy czwartą żonę. Tłumaczą to bardzo błahymi powodami, że ta kolejna żona potrzebna jest do pracy na plantacji. Tam kobieta ma obowiązki utrzymania rodziny, wychowania dzieci, których rodzi dość dużo, ma też nakarmić męża, a on potrafi cały dzień przesiedzieć lub przeleżeć przed domem.  Różne jednak plemiona zamieszkują ten kraj, ja jestem wśród plemienia, które nazywa się Pana. Jest to lud bardzo pracowity, zarówno kobieta jak mężczyzna jednakowo pracują na plantacji, a nawet dzieci.

Widzę, że jest ojciec usatysfakcjonowany swoją misją?
Tak uważam i bardzo chętnie wracam do Afryki, wiem, że tam na mnie czekają i nikt do nich nie przyjedzie i nie odwiedzi, zostaje tylko katecheta, który potrafi pochować zmarłego, prowadzić niedzielne nabożeństwo słowa Bożego, to jest duża pomoc. My jesteśmy jednak tam potrzebni. Wspólnota Kościoła afrykańskiego jest pięknie rozwinięta i oni sami czuwają, gdyby zabrakło misjonarza, by ten Kościół utrzymać i ten Kościół by trwał, choć bez eucharystii. Jest to statsfakcja i pewien owoc pracy, gdy widzi się, że ci ludzie dojrzeli do wiary. Oni tam żegnając się ze mną prosili, żeby pozdrowić wszystkich, w tym przypadku również czytelników "TANWI", co niniejszym czynię. Prosili, żeby przywieźć im z Polski zdjęcia i opowiedzieć im o naszym kraju. Żegnali mnie z nadzieją, że wrócę.

Czy tęskni ojciec czasami do kraju?
Tęsknota jest jak zawsze, ale przygotowywałem się do tego wyjazdu do Afryki, byłem dwa tygodnie we Włoszech, miesiąc we Francji, sześć miesięcy w Szwajcarii, to już było dla mnie rozstanie z krajem, a później już Afryka. Przychodzi czasami nostalgia, ale ja wiem po co tam przyjechałem i ta praca i te zajęcia pochłaniają myśli. Oczywiście serce zostało w kraju. I często wracam tam myślami.

Jaki jest kontakt z krajem?
Mamy radio i tą drogą kontaktujemy się z krajem, z sekretarzem misyjnym. Tą drogą uzyskujemy informacje. Dochodzą listy. Przy powrocie z kraju przywozimy prasę, pocztę. Ogółem na misji pracuje nas 11 Polaków kapucynów, są jeszcze inni misjonarze z Polski. Z Biłgoraja i okolic nie ma nikogo, ale może kiedyś ktoś dojedzie.

Dziękuję ojcu za rozmowę. Życzę dużo zdrowia i owoców tej pięknej pracy. Szczęść Boże!
Ja również dziękuję za zaproszenie do redakcji. Wszystkich pozdrawiam. Po dwóch latach przyjadę na urlop, to pewnie się zobaczymy. Szczęść Boże!

©Arkadiusz Lipiec Informacje | Strona główna Szukaj: